Dzisiaj złożyliśmy u Marszałek Kopacz projekt ustawy, obniżający wszystkie pracownicze składki odprowadzane do ZUS o 30%.

REKLAMA
Ten projekt wziął się stąd, że w Polsce koszty pracy są potwornie wysokie. Jak obliczyliśmy, na każdą złotówkę, która trafia do kieszeni pracownika, przypada średnio aż 70 groszy różnych podatków i składek. Również ankietowani przez nas przedsiębiorcy wskazują wysokie koszty pracy – a przede wszystkim składki na ZUS – jako największą barierę w prowadzeniu działalności gospodarczej w Polsce. Tę możliwość zakreśliło w przedkongresowej ankiecie aż 93% z nich.
Skutki są zatrważające. 2 miliony bezrobotnych, kolejne 2 miliony zarobkowych emigrantów, którzy nie znaleźli pracy tutaj i wyjechali po nią zagranicę. Do tego ogromna szara strefa – według różnych szacunków w Polsce od 10 do 20% osób pracuje „na czarno”. I ostatnia konsekwencja – unijny rekord, jeżeli chodzi o liczbę osób pracujących na umowach śmieciowych. Jak wynika z raportu o zatrudnieniu Komisji Europejskiej, w Polsce osób zatrudnionych na umowach czasowych jest najwięcej w Unii, bo aż 27%. Z jeszcze gorszymi statystykami mamy do czynienia w grupie do 30 roku życia – to aż 65%.
Z tych właśnie powodów powstał nasz projekt. Jest prosty. Zakłada obniżenie wszystkich dotychczasowych stawek składek wpłacanych do ZUS-u – emerytalnej, rentowej, chorobowej i wypadkowej – o równe 30%. Liczymy na to, że dzięki temu obniżeniu kosztów pracy zwiększy się zatrudnienie w polskich firmach, zniknie szara strefa i zmniejszy liczba umów śmieciowych. Efekt? Rozwój polskich firm, a tym samym stymulacja rozwoju gospodarczego.
Naturalnie, pojawia się pytanie, jakie będą budżetowe skutki takiej zmiany. Liczymy, że zadziała w tym przypadku Krzywa Laffera. Zgodnie z tą koncepcją podnoszenie podatków w pewnym granicznym momencie powoduje nie wzrost, a spadek wpływów do budżetu. Wtedy jedynym rozwiązaniem jest obniżka podatków. Najbardziej spektakularnym przykładem działania tego mechanizmu był efekt obniżki najwyższej stawki podatku PIT w USA w latach 20-tych. Wpływy wzrosły wtedy z 719 mln USD w roku 1921 do miliarda dolarów w 1929. Ale przykładów nie musimy szukać aż za oceanem. Mamy je na własnym podwórku. W 2002 rząd Leszka Millera obniżył akcyzę na alkohol. Celem było przede wszystkim zmniejszenie szarej strefy. W poprzedzających obniżkę latach wpływy z akcyzy malały co roku o około 200 milionów złotych. Ale po obniżce nastąpił przełom – i zaczęły rosnąć. Drugi przykład – nomen omen również z czasów rządu SLD – to obniżka CIT z 27 do 19 procent w roku 2004. Optymistyczne szacunki mówiły wtedy, że wpływy z CIT-u pozostaną na dotychczasowym poziomie. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Do budżetu za rok 2004 wpłynęło o 3 miliardy więcej, niż w roku poprzednim. Czyli wpływy z tego tytułu wzrosły o prawie 1/5.
Nie ma powodu, żeby i tym razem miałoby być inaczej. Wszystkie statystyki dowodzą, że koszty pracy w Polsce sięgnęły granicznego poziomu. Tylko ich obniżenie pozwoli na wzrost i legalizację zatrudnienia. A efektem będzie szybszy rozwój polskiej gospodarki.