Dziś, jutro i pojutrze w wielu blogach pojawi się słowo „patriotyzm”. Ja napiszę o czymś innym – o nowej ustawie Ruchu Palikota, wprowadzającej innowacyjność jako kryterium w przetargach publicznych. Ale i tak będzie trochę patriotycznie.

REKLAMA
Polski patriotyzm ze względów historycznych budowany był zawsze w opozycji do kogoś lub czegoś. Ale te czasy minęły. Dzisiaj sens mają tylko dwa rodzaje patriotyzmu: kulturowy i gospodarczy. Na świecie liczą się tylko te kraje, które twórczo przekształcając własną kulturę i biorąc to, co najlepsze z kultury innych krajów, są w stanie tworzyć wartości i sposoby życia atrakcyjne dla ludzi na całym świecie.
Ale absolutnie najważniejszym wyznacznikiem statusu kraju na świecie jest jego gospodarka. W zglobalizowanym świecie, jeśli mamy być konkurencyjni, musimy mieć coś, co ekonomiści nazywają „przewagą konkurencyjną”. Dla Niemców to motoryzacja, dla Japończykow – elektronika, Włosi wygrywają w przemyśle związanym z modą, a Amerykanie w branży IT. My też musimy znaleźć swoją niszę. Z Chinami czy Indiami nie możemy i nie chcemy rywalizować niskimi kosztami pracy. Ale naszą przewagą konkurencyjną mogą być innowacyjne rozwiązania i technologie.
W światowych i europejskich rankingach wypadamy jednak bardzo słabo. Jak wynika z „Globalnego raportu konkurencyjności 2011-2012” Word Economic Forum, Polska znajduje się pod tym względem dopiero na 41 miejscu, dwa miejsca niżej niż przed rokiem. Jedną z głównych przyczyn takiej kiepskiej pozycji jest właśnie niska innowacyjność polskiej gospodarki. Wśród krajów UE zajmujemy według tego raportu 6 miejsce od końca, jeśli chodzi o stopień wykorzystania potencjału innowacyjnego. Jesteśmy w europejskim ogonie pod kątem nakładów na badania i rozwój czy udziału obrotu zaawansowanymi technologiami w eksporcie. W Unii wydaje się na badania i rozwój średnio 2,8% PKB, u nas to mniej niż 1%. W innych rankingach nie jest lepiej. Podobnie kiepsko wypadamy w dwóch raportach Komisji Europejskiej. W pierwszym – „Regional Innovation Scoreboard 2012” – oceniającym innowacyjność europejskich regionów, wszystkie – poza mazowieckim – polskie województwa zostały sklasyfikowane jako „niewielcy innowatorzy” – jest to ocena najgorsza z możliwych. Mazowieckie w 4-stopniowej skali jest zresztą tylko oczko wyżej. Z kolei w zestawieniu krajów UE „Innovation Union Scoreboard 2011” Polska zajmuje piąte miejsce od końca. Sami też nie mamy najlepszego zdania o własnym innowacyjnym potencjale. W Globalnym Barometrze Innowacji, przeprowadzanym przez Strategy One na zlecenie General Electric, Polska nie znalazła się w ogóle w grupie 25 najlepiej ocenianych państw. Co gorsza, 60% polskich ankietowanych – dyrektorów wyższego szczebla – uznało naszą reputację na świecie w kwestii innowacyjności za bardzo słabą lub raczej słabą, co dało nam ostatnią pozycję. Polska zajęła również trzecie miejsce od końca, jeśli chodzi o ocenę, czy otoczenie sprzyja innowacyjności.
Jedną z największych barier rozwoju innowacyjnej gospodarki opartej na wiedzy jest w Polsce niski popyt na innowacje. Wynika on z faktu, że nowoczesne rozwiązania, technologie czy materiały są zwykle nieco droższe, przez co mniej chętnie kupowane przez Polaków, zwłaszcza w dobie kryzysu. Tego nie zmienimy. Ale możemy stymulować popyt na innowacje ze strony państwa. Temu właśnie ma służyć złożony dziś przez Ruch Palikota projekt nowelizacji Prawa zamówień publicznych. Dziś małe, ale innowacyjne polskie firmy często przegrywają rywalizację o zamówienia publiczne z dużymi zachodnimi koncernami, które nieraz proponują technologie z lat 80., w ich macierzystych krajach już niechciane, ale ciut tańsze. W naszym projekcie wprowadzamy więc innowacyjność do katalogu kryteriów stosowanych w przetargach publicznych. Dzięki temu niewielkie, ale innowacyjne firmy będą miały dużo większe szanse w przetargach publicznych. Technologicznie nowocześniejsze rozwiązania są zwykle lepsze – więc zyska na tym też jakość wykonanych w ramach zamówień publicznych zadań.