W ubiegłym tygodniu Ministerstwo Obrony Narodowej dumnie obwieściło, że przygotowany jest już projekt rozporządzenia, zgodnie z którym znaczna cześć rezerwistów zostanie obowiązkowo skierowana na ćwiczenia wojskowe. Jednak to, co stanowi powód do dumy dla niektórych wyższych oficerów wojskowych, jest jednocześnie źródłem poważnych obaw większości społeczeństwa.

REKLAMA
Faktycznie, zapowiedź Ministra Obrony Narodowej wydaje się całkowicie niezrozumiała. Przecież trzy lata wcześniej to właśnie rząd Platformy Obywatelskiej zniósł zasadniczą służbę wojskową. Sam z pełnym przekonaniem wspierałem reformy ministra Klicha, dzięki którym w 2009 roku zniesiono obowiązkowy pobór do wojska.
Niestety wszystko wskazuje na to, że obecnemu ministrowi obca jest idea zawodowej armii, opierającej się na żołnierzach, którzy decyzję o służbie w wojsku podjęli z własnej niczym nieprzymuszonej woli. Zamiast nielicznej, ale sprawnej i profesjonalnej armii, minister Siemoniak proponuje mobilizację ponad 20 tysięcy rezerwistów. Każdy, kto posiada kategorię „A” będzie musiał liczyć się z tym, że dzwonek do drzwi o godzinie 5 rano będzie mógł dla niego oznaczać wezwanie do wojska. Przedsiębiorcy będą z kolei musieli mieć świadomość, że ich pracownicy będą mogli w każdej chwili zostać skierowani na 30-dniowe szkolenie wojskowe.
Cały ten swoisty powszechny program militaryzacji wprowadzony jest po to, by – jak podaje Ministerstwo – rezerwiści mogli przygotować się do „obsługi nowoczesnego sprzętu i uzbrojenia wojskowego”. Naprawdę nie wiem, czy najważniejszą umiejętnością, którą powinni dziś posiadać Polacy, jest posługiwanie się sprzętem wojskowym.
Wiadome jest natomiast, że obecny szef MON-u odchodzi od wcześniejszych planów uzawodowienia polskiej armii. Na szczęście opracowane w Ministerstwie Obrony rozporządzenie wciąż nie zostało uchwalone przez Radę Ministrów. Mam nadzieję, że rząd właściwie skorzysta z czasu na refleksję i że nie będzie już powrotu do obowiązkowych szkoleń wojskowych ani tym bardziej do obowiązkowego poboru do armii.