Wiadomo, że szkoła nie może funkcjonować, jeżeli nie ma w niej uczniów. Wiadomo również, że z powodu niżu demograficznego część placówek edukacyjnych musi zostać zamknięta. Jednak wiedzą niedostępną dla wielu urzędników jest to, że likwidowane powinny być jedynie te szkoły, do których to rodzice nie chcą posyłać swoich dzieci, a nie takie, które z jakichś tajemniczych powodów nie podobają się urzędnikom.
REKLAMA
Niestety w wielu gminach władze samorządowe zamykają szkoły cieszące się dużym uznaniem wśród uczniów i rodziców. Szczególnie widoczne jest to w moim rodzinnym Krakowie, gdzie chyba tylko miejscy urzędnicy są w stanie zrozumieć, dlaczego do likwidacji wyznaczali te, a nie inne szkoły.
Od pierwszych dni stycznia, a więc tuż po tym jak w Krakowie postanowiono zlikwidować dziewięć szkół, praktycznie codziennie do mojego Biura zgłaszali się przedstawiciele nauczycieli i rodziców z prośbą o uratowanie ich placówki przed zamknięciem. Rodzice często wskazywali na ewidentne błędy, jakie zawierały decyzje o likwidacji szkoły. Faktycznie, ilekroć czytałem przedstawione mi dokumenty, byłem przerażony skalą urzędniczej niekompetencji. Rozstrzygnięcia podejmowano w oparciu o chaotycznie dobrane kryteria, zaś dane, na które się powoływano, były często niezgodne z rzeczywistością.
Zdarzało się, że do likwidacji kierowano bardzo popularne szkoły, w obronie których udało się później zebrać tysiące podpisów. Szczególnie oburzające jest także to, że często zamykanie szkół nie było w żaden sposób konsultowane z rodzicami. Urzędnicy raczej robili wszystko co możliwe, by o ich decyzji rodzice dowiedzieli się już po wydaniu „wyroku” na dane gimnazjum lub liceum.
Takie postępowanie władz miejskich musi wzbudzać zdecydowany sprzeciw. O zamknięciu szkoły nie powinien rozstrzygać anonimowy biurokrata, na podstawie jedynie sobie wiadomych kryteriów. O popularności szkół powinni bowiem w pierwszej kolejności decydować rodzice.
Dlatego też jestem zwolennikiem stosowania tzw. „bonu edukacyjnego”. Jest to rozwiązanie, w którym każdy rodzic otrzymywałby od gminy bon o pewnej wartości pieniężnej. Przekazywałby go tej szkole, do której posłałby swoje dziecko. Tym samym, dofinansowanie z budżetu miasta otrzymałyby te placówki edukacyjne, które są popularne wśród rodziców. Zamykane byłyby zaś wyłącznie te licea i gimnazja, w przypadku których to rodzice nie widzieliby sensu, by posyłać do nich swoje dzieci.
Rozwiązanie takie wydaje się w pełni czytelne i przejrzyste. Z pewną naiwnością staram się więc uwierzyć w to, że – prędzej czy później – idea „bonu edukacyjnego” uzyska także zrozumienie wśród miejskich urzędników.
