Jutro o godzinie 10 rozpocznie się w Sejmie debata dotycząca budżetu Unii Europejskiej na lata 2014 – 2020. Premier zapewne po raz kolejny z dumą obwieści „historyczną” wiadomość o ponad 440 miliardach złotych, które wpłyną do Polski z unijnej kasy. Jednakże o pewnych niewygodnych faktach dotyczących nowej perspektywy budżetowej premier Tusk jak dotąd nie wspomniał ani jednym słowem i zapewne nie powie o nich także jutro.

REKLAMA
To oczywiście prawda, że uchwalony budżet ma znaczenie historyczne. Albowiem po raz pierwszy w historii Wspólnoty Europejskiej niestety przyjęto 7-letni budżet, który jest mniejszy od poprzedniego. W latach 2014-2020 poszerzona o Chorwację Unia Europejska wyda ok. 35 miliardów euro mniej niż w poprzednim okresie budżetowym i o prawie 100 miliardów euro mniej niż było to przewidywane w pierwotnej propozycji Komisji Europejskiej.
Tak okrojony budżet jest więc wielkim zwycięstwem premiera. Tyle tylko, że nie premiera Tuska, a premiera Davida Camerona. Pieniędzy we wspólnym budżecie będzie nie tylko mniej niż 7 lat temu, ale także znacznie mniej niż mówi o tym Donald Tusk. Podawana przez rząd kwota ponad 440 miliardów złotych, którą mamy otrzymać z Unii Europejskiej nie uwzględnia bowiem wysokości składki, którą Polska będzie odprowadzać do unijnej kasy. Niestety wszystko wskazuje na to, że w latach 2014-2020 będziemy do unijnego budżetu wpłacać znacznie więcej niż przez ostatnie 7 lat. Bilans przepływów netto między Polską a UE będzie więc w najbliższej perspektywie - wbrew temu co sugeruje Donald Tusk – znacznie gorszy dla naszego kraju niż obecnie. Ponadto rząd wyliczając kwotę ponad 440 miliardów złotych opiera się na obecnym zawyżonym kursie waluty euro. Nie ulega więc wątpliwości, że w przyszłych latach z unijnych pieniędzy będziemy korzystać w znacznie mniejszym stopniu, niż miało to miejsce do tej pory.
Mniejsza pula pieniędzy dla Polski to niestety nie jedyny problem europejskich wieloletnich ram finansowych. Liderzy 27 państw przyjmując zobowiązania na najbliższe 7 lat zapomnieli bowiem o tak „drobnej” sprawie, jaką jest zapewnienie ich sfinansowania. Po raz pierwszy przyjęto budżet unijny z tzw. deficytem strukturalnym, a więc taki, w którym zaplanowane wydatki przewyższają sumę przewidywanych wpłat. Różnica między planowanymi zobowiązaniami a płatnościami przekracza kwotę 50 miliardów euro. Jest więc bardzo prawdopodobne, że po 2 lub 3 latach pojawią się problemy z zapewnieniem finansowania dla zaplanowanych działań. Wtedy konieczne mogą okazać się dalsze cięcia wydatków, a to oznacza jeszcze mniej pieniędzy dla Polski.
Warto dodać, że ów nadzwyczaj oszczędny i niezbilansowany budżet nie sprzyja w żaden sposób rozwojowi Unii Europejskiej jako całości. W dobie globalizacji głównym wyzwaniem Unii powinno być zapewnienie konkurencyjności europejskiej gospodarki w jej rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi i „azjatyckimi tygrysami”. Pieniądze z unijnego budżetu powinny być w pierwszej kolejności przeznaczone na promocję innowacyjności, badań naukowych oraz na wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw. Niestety przyjęta struktura wydatków pozostawia wiele do życzenia. Unia Europejska naprawdę nie ma żadnych szans na zwycięstwo w konkurencji z azjatyckimi potęgami, jeśli – tak jak zaplanowano - wyda prawie 375 miliardów euro na rolnictwo, a ponad 60 miliardów euro na administrację (co stanowi niemal połowę unijnego budżetu).
Z takiego rozkładu wydatków cieszyć się mogą w zasadzie jedynie brukselscy urzędnicy oraz francuscy farmerzy. Nie dziwi więc, że ten antyrozwojowy budżet już w dniu ogłoszenia spotkał się z miażdżącą krytyką. Swój sprzeciw wobec niego wyrazili także liderzy wszystkich liczących się frakcji w Parlamencie Europejskim. Rzadko kiedy przewodniczący Zielonych mówi tym samym głosem co szef frakcji europejskich chadeków. Takie niecodzienne stanowisko głównych europejskich sił politycznych stanowi sygnał, że weto Parlamentu Europejskiego wobec budżetu jest bardzo prawdopodobne.
Na miejscu Donalda Tuska wstrzymałbym się więc jeszcze z ogłaszaniem sukcesu negocjacyjnego. „Wielki sukces” może bowiem okazać się niebawem „wielkim rozczarowaniem”. Chociaż chciałbym się w tej sprawie mylić, to niestety fakty są nieubłagane. A właśnie do faktów (a nie do emocji) Ruch Palikota odwoła się w trakcie jutrzejszej debaty sejmowej.