Przed niespełna dwoma tygodniami najwyżsi przedstawiciele Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych ogłosili, że w połowie tego roku rozpoczną się negocjacje Transatlantyckiego Partnerstwa na rzecz Handlu i Inwestycji. Jeśli negocjacje zakończą się sukcesem, do tego w tak błyskawicznym, jak zapowiadane tempie dwóch lat, będzie to totalna zmiana reguł gry na światowych rynkach. Zachodnie gospodarki zyskają realną szansę na rywalizację z potęgami azjatyckimi.

REKLAMA
Chiny i Indie szybko budują swoją gospodarczą pozycję na świecie. Wystarczy spojrzeć na dane dotyczące wartości eksportu Kraju Środka. W roku 2001 wynosił on około 260 mld dolarów, w dziesięć lat później jego wartość wzrosła ponad siedmiokrotnie, osiągając niemal 1.900 miliardów. Dało to prawie 10.5% udziału w światowym eksporcie, przy 12% wskaźniku dla Unii Europejskiej i 8,3% w przypadku USA. Kraje azjatyckie wyprodukowały w roku 2011 dwukrotnie więcej samochodów, niż europejskie – 40,6 w porównaniu do 21,1 milionów sztuk. W USA powstało ich w tym czasie 8,5 mln. Same Chiny są dziś niekwestionowanym liderem w tej branży, z niemal 18,5 miliona wyprodukowanych aut. Mówiąc o dynamice rozwoju, warto to porównać z dziewięciokrotnie (sic!) mniejszą produkcją tego kraju w roku 2000 (wtedy wynosiła 2 miliony samochodów). UE i USA wciąż przodują, jeśli chodzi o wkład w światowy PKB, ważony parytetem siły nabywczej – dla obu gospodarek to po około 19%. Ale Chiny razem z Indiami zbliżają się już do tej wartości. Warto przy tym pamiętać, że PKB tygrysów azjatyckich, choć wolniej niż wcześniej, to wciąż rośnie o wiele szybciej, niż w krajach zachodnich. Dla Chin wzrost ten w tej chwili wynosi około 7%, dla Indii – 5 procent. To spora różnica w porównaniu z prognozowanym 0,1% dla UE i nieco wyższym, ale tylko 2-procentowym wzrostem PKB Stanów.
W dłuższej perspektywie ani Unia Europejska, ani USA nie są w stanie samodzielnie rywalizować z azjatyckimi potęgami. Bez ścisłej gospodarczej współpracy między Europą i Ameryką hegemonia Zachodu w krótkim czasie stanie się przeszłością, a marginalizacja Europy – faktem. Dlatego to dobry sygnał, że obie strony zamierzają w negocjacjach nacisk położyć na rozwiązania, które dadzą wymierne gospodarcze korzyści, zamiast w nieskończoność dyskutować o kwestiach, które dotąd budziły największe kontrowersje, przez co były barierą nie do przebycia. Należą do nich na przykład problem GMO czy kwestia ochrony praw intelektualnych. Jak wynika z wypowiedzi polityków z obu stron oceanu, akcenty w negocjacjach zostaną położone gdzie indziej – na całkowite zniesienie ceł, otwarcie rynku usług i przetargów publicznych, uproszczenie inwestowania, wprowadzenie jednolitych norm i standardów, które dziś są poważną barierą w handlu, czy ujednolicanie prawa gospodarczego. Zwłaszcza te ostatnie kwestie będą wymagały ogromnego wysiłku i dobrej woli. Zharmonizowanie przepisów zajmie lata w nadmiernie zbiurokratyzowanej Unii i niewiele jej pod tym względem ustępującym USA.
Ale pytanie, czy warto, nie wymaga odpowiedzi. To będzie ważna umowa dla całej UE, ale i niezwykle ważna dla Polski. Swobodny przepływ kapitału, towarów i usług pomiędzy Unią i USA będzie ogromną szansą dla polskiej gospodarki. Dlatego w tym, co w tej sprawie będzie się działo w najbliższych latach, powinniśmy brać aktywny udział. Możemy tylko na tym skorzystać.