Jutro rozpoczną się wielkie manifestacje organizowane przez trzy centrale związków zawodowych. Podejrzewam jednak, iż jedynym wymiernym efektem demonstracji będzie krótkotrwały wzrost poziomu hałasu w centrum Warszawy. Jest bowiem oczywiste, że głośne demonstracje w żaden sposób nie przyczynią się do wzrostu poziomu życia w Polsce.

REKLAMA
Zresztą wątpię, by intencją przyświecającą władzom związkowym było wprowadzenie Polski na drogę rozwoju gospodarczego. Każdy, kto poświęcił chociaż chwilę uwagi, by przyjrzeć się receptom formułowanym przez związkowców może bez trudu stwierdzić, że realizacja ich propozycji pogrążyłaby Polskę w głębokiej recesji. Nie można na przykład poważnie traktować postulatu radykalnego zwiększenia płacy minimalnej w sytuacji, gdy przedsiębiorcy obciążani przez państwo bardzo wysokimi podatkami z trudem znajdują pieniądze na wypłatę jakichkolwiek wynagrodzeń. Wystarczy wspomnieć, że dziś do każdej złotówki, która trafia do kieszeni pracownika, pracodawca dopłaca średnio 70 groszy tytułem różnego rodzaju podatków i składek.
Jest oczywiste, że dopóki nie wyeliminujemy obciążeń fiskalnych nakładanych przez państwo na pracodawców, dopóty nie ma żadnych szans na osiągnięcie trwałego rozwoju gospodarki. Demonstrujący pracownicy nie upominają się jednak o to, by odciążyć ich chlebodawców, lecz walczą o to, aby poprzez utrzymanie anachronicznych, PRL-owskich regulacji z Kodeksu pracy jeszcze bardziej utrudnić życie przedsiębiorcom.
Całkowita niezasadność postulatów związkowców jest oczywista i mogłaby zostać bardzo łatwo wykazana przy okazji rzeczowej i spokojnej rozmowy z przedstawicielami pracowników. Jestem pewny, że w takiej dyskusji związkowcy nie znaleźliby żadnych przekonujących argumentów na rzecz swoich racji. Ale oni wolą krzyczeć, niż rozmawiać.
Związkowcom pozostała więc jedynie możliwość odwołania się do starego, nieraz już sprawdzonego argumentu siły. Siła ta zostanie jednak jutro zastosowana nie tyle w obronie praw osób najsłabszych, co raczej dla osiągnięcia doraźnych celów politycznych przywódców związkowych i obrony intratnych etatów ich kolegów.
Faktycznie, z politycznego punktu widzenia konfrontacja z władzą może okazać się opłacalna dla dobrze opłacanych szefów central związkowych. Niestety dokonany przez związkowców wybór walki prowadzonej na ulicy trwale obniży jakość debaty publicznej w Polsce.