Powstrzymanie Putina wydaje się w tej chwili niemal niemożliwe. Moskwa niewiele sobie robi z zapowiadanych czy już ogłoszonych sankcji. Jednak w ostatnich dniach, wizytując kwaterę główną NATO w Brukseli, od amerykańskich wojskowych usłyszałem o propozycji, która Putinowi z całą pewnością się nie spodoba.

REKLAMA
Od wczoraj rosyjscy i ukraińscy politycy, urzędnicy i wojskowi odpowiedzialni za ostatnie wydarzenia na Ukrainie i Krymie muszą znaleźć sobie nowe cele podróży. Zamiast do Nowego Jorku, Paryża czy na Wyspy Kanaryjskie będą się wybierać do Dubaju, Pekinu albo na Karaiby. USA ogłosiły wczoraj sankcje wizowe dla 11 osób. Podobna „czarna lista” Unii Europejskiej liczy więcej, bo 21 nazwisk, choć nie ma na niej kilku liczących się rosyjskich oficjeli, których na swoim terytorium nie chcą widzieć Stany.
Takie sankcje, choć symboliczne, nie są w praktyce zbyt dotkliwe dla odpowiedzialnych za to, co stało się na Ukrainie i co dzieje się na Krymie. Niestety podobnie jest z sankcjami finansowymi. O zamrażaniu amerykańskich i europejskich kont wpływowych Rosjan mowa była od kilku tygodni – które w zupełności im wystarczyły na ich opróżnienie. Tu chociaż mamy do czynienia z efektem ubocznym – swoje aktywa z Rosji wycofują równocześnie zachodni biznesmeni, obawiając się podobnych sankcji ze strony Moskwy. Z Rosji wyciekło w ten sposób od początku roku 50 miliardów dolarów, co dla rosyjskiej gospodarki może już być nieco dotkliwe, zwłaszcza jeśli ten trend się utrzyma.
Równie mało skuteczne wydaje się zawieszenie rozmów pomiędzy UE a Rosją, dotyczących liberalizacji wizowej i nowej umowy o partnerstwie i współpracy. Unia odbiera Rosji coś, czego ta jeszcze nie uzyskała. Z gróźb wyłączenia Rosji z Grupy G8 ta też najwyraźniej niewiele sobie robi, podobnie jak z faktu, że w Polsce wylądowało przed kilkoma dniami 12 amerykańskich F16. Putin nadal konsekwentnie realizuje swój misternie przygotowany plan.
Wszystkie te sankcje są oczywiście konieczne. Ich brak byłby milczącym przyzwoleniem Zachodu na politykę Kremla. Ale nie odniosą pożądanego skutku. Jednak jest coś, co może powstrzymać Putina. W ubiegłym tygodniu miałem okazję rozmawiać z przywódcami NATO i od nich usłyszałem o pomyśle, który ma spore szanse powodzenia. Chodzi o zniesienie zakazu eksportu amerykańskiego gazu z łupków.
Rosyjska gospodarka „wisi” na wydobyciu i sprzedaży ropy i gazu. Bez tych surowców Putin nie byłby w stanie utrzymać armii – i utrzymać kraju w ryzach. Europa płaci za gaz kupowany od Gazpromu grubo ponad 50 miliardów dolarów rocznie – to blisko 3% rosyjskiego PKB. Obawa przed zakręceniem kurka z rosyjskim gazem jest też nie bez znaczenia w kreowaniu unijnej polityki wobec Kremla. Zachodnioeuropejscy politycy obawiają się kryzysu energetycznego, jaki takie przykręcenie kurka mogłoby wywołać. Co innego, gdyby UE mogła się od rosyjskiego gazu uniezależnić – co dotąd wydawało się niemal niemożliwe. Choć Rosja jest największym na świecie eksporterem gazu, to nie ona jest największym producentem. Są nim Stany Zjednoczone. Amerykański gaz łupkowy objęty jest jednak zakazem eksportu – po to, żeby wspierać rodzimy przemysł. Amerykański gaz jest dwu-trzykrotnie tańszy od rosyjskiego, dzięki czemu tamtejszy przemysł jest o wiele bardziej konkurencyjny – niższe ceny energii oznaczają bowiem znacznie niższe koszty produkcji. Jednak ze względu na zagrożenie bezpieczeństwa, które wynika z działań Rosji w ostatnim czasie, wśród wysokiej rangi polityków amerykańskich znacznie zwiększyła się liczba zwolenników zniesienia zakazu eksportu. Najprawdopodobniej w najbliższych tygodniach zapadnie decyzja w tej sprawie, i cały czas rośnie prawdopodobieństwo, że będzie ona pozytywna. Taka decyzja oznaczałaby rewolucję na rynku energetycznym, uniezależnienie się UE od gazu z Rosji, marginalizację tej ostatniej, ale też istotny spadek cen energii w Unii. Czyli po pierwsze więcej pieniędzy w naszych portfelach, a po drugie – większą konkurencyjność naszej gospodarki.