
Dobrze śpiewać potrafi wiele artystek, jednak tylko garść z nich posiada ten szczególny dar dzięki któremu możemy wciąż mówić o primadonnach.
REKLAMA
Od kilku dni usiłuję zliczyć ile razy słyszałem Iwonę Hossę w Traviacie. Może 8 razy, może 10, a może 12? Nie wiem i już pewnie nigdy się nie doliczę. Jednak nie o rachunki tu idzie. Spoglądam na tę artystkę ze szczególną sympatią, bowiem ilekroć spotykałem się z jej śpiewem, zawsze byłem głęboko wzruszony. Jest w głosie Hossy coś magnetycznego, coś co nie pozwala przejść obok jej kreacji obojętnie, a już tym bardziej zapomnieć tego z czym się człowiek zetknął. Iwona Hossa wśród polskich koloratur jest swojego rodzaju samotną łodzią, której ster nie kieruje na tani, acz efektowny popis strzelania najwyższymi dźwiękami dla zaspokojenia żądzy samego popisu, a jest zwrócony raczej ku jasnemu kryształowi wód żarliwego „bycia” Artystką. Tym być może nieco egzaltowanym stwierdzeniem nie mam najmniejszego zamiaru czynić z Hossy drugiej Callas, a jedynie spróbować uchwycić fenomen z jakim na polskiej scenie operowej nie często można się zetknąć. Fenomen ten z całym bagażem rozmaitych konotacji i kontekstów nazwałbym istotą bycia primadonną.
Wieloletnie doświadczenie przeżywania opery, daje mi jak sądzę legitymację wypowiedzi w tej szczególnej mater
Wieloletnie doświadczenie przeżywania opery, daje mi jak sądzę legitymację wypowiedzi w tej szczególnej mater
Wspomniałem wcześniej o żarliwości nieprzypadkowo, bowiem to właśnie za jej przyczyną podnoszę pióro. Z pomocą definicji raz kolejny przychodzi do mnie gorąca myśl poety: „Żarliwość; płomienny śpiew świata, na który odpowiadamy naszym własnym, niedoskonałym śpiewem.”, jak pisał Adam Zagajewski w Obronie żarliwości. I mój śpiew z pewnością będzie niedoskonały, bo czym jest krytyk w zetknięciu z artystą? Najwyżej pariasem i wiecznym przegrańcem.
I akt Traviaty prawdę mówiąc, to właściwie zupełna lemoniada, typowe umpa, umpa na cztery czwarte, nic szczególnego, potem uwielbiane przez wszystkich Libiamo, libiamo ne'lieti calici , aż w końcu przychodzi z piekła rodem( w szczególności jak na I akt) aria Violetty Sempre libera. Aria choć trudna, zupełnie nieszczera w wyrazie i kłamliwa w geście. Dopiero drugi akt przynosi autentyzm i oczekiwaną emocjonalną szczerość głównej bohaterki. Mam tu na myśli wielki duet Violetty z ojcem Alfreda, starym Giorgio Germontem. Podobno każda opera ma swój punkt centralny, który jest kluczowy dla całości rozgrywanej akcji, w przypadku Traviaty jest nim duet kurtyzany z ojcem. I właśnie w tym momencie opery, każdorazowo z niesłychaną mocą objawia się publiczności żarliwość śpiewu i gry Iwonny Hossy. Śpiewaczka roztacza tutaj niezwykle bogatą paletę barw głosu, raz jest to ciemna barwa gniewu na los i świat, raz zupełnie subtelna i jasna, wyrażająca troskę o los kochanego mężczyzny. Violetta godząc się na zerwanie z Alfredem, przeistacza się z damy lekkiego obyczaju, w prostą i czystą kobietę, następuje tu swoisty rodzaj zbawienia bohaterki. Znając różne interpretację patii Violetty, nie spotkałem się z tak umiejętną i sugestywną, a przy tym zupełnie naturalną metamorfozą na scenie. Patrząc na całość budowania postaci Violetty, tworzenia całej dramaturgii gestu i niewątpliwego vocal acting przez Iwonę Hossę, dochodzę do wniosku, że wszystkie zabiegi są podporządkowane właśnie temu przeistoczeniu postaci. Czyż nie świadczy o tym nonszalancki sposób poruszanie się po scenie w pierwszym akcie i cyniczny uśmiech, stale obecny na twarzy artystki? Czy nie przekonuje widza subtelne piano i delikatna fermata na słowie „addio” w finale wielkiego duetu, podkolorowane łamiącym się głosem?
Hossa doskonale wie po co wchodzi na scenę, z jakiego powodu się na niej znajduje, wie o czym śpiewa i do kogo kieruje swój śpiew. Każdy jej krok na scenie jest pewny, a gest wyraźny i nieprzypadkowy. Obserwując śpiewaczkę podczas spektaklu odnosi się wrażenie, że prawdziwe imię i nazwisko zostawiła w garderobie, a scena staje areną autentycznych rozgrywek emocjonalnych, trudnych wyborów, a w efekcie miejscem oddania ducha.
Takie cechy może posiadać tylko prawdziwa heroina operowa z krwi i kości, która potrafi zyskać absolutną władzę nad emocjami publiczności i dowolnie nimi sterować. Dobrze śpiewać potrafi wiele artystek, jednak tylko garść z nich posiada ten szczególny dar dzięki któremu możemy wciąż mówić o primadonnach.
Diwy operowe bywają kapryśne i nieznośne, krążących o nich anegdot nie zliczy chyba nikt. Bywają też diwy, które wyrzuca się z teatru, na szczęście działa pewne operowe prawidło, które pokazuje, że dyrektorzy przemijają… a primadonny pozostają!
I akt Traviaty prawdę mówiąc, to właściwie zupełna lemoniada, typowe umpa, umpa na cztery czwarte, nic szczególnego, potem uwielbiane przez wszystkich Libiamo, libiamo ne'lieti calici , aż w końcu przychodzi z piekła rodem( w szczególności jak na I akt) aria Violetty Sempre libera. Aria choć trudna, zupełnie nieszczera w wyrazie i kłamliwa w geście. Dopiero drugi akt przynosi autentyzm i oczekiwaną emocjonalną szczerość głównej bohaterki. Mam tu na myśli wielki duet Violetty z ojcem Alfreda, starym Giorgio Germontem. Podobno każda opera ma swój punkt centralny, który jest kluczowy dla całości rozgrywanej akcji, w przypadku Traviaty jest nim duet kurtyzany z ojcem. I właśnie w tym momencie opery, każdorazowo z niesłychaną mocą objawia się publiczności żarliwość śpiewu i gry Iwonny Hossy. Śpiewaczka roztacza tutaj niezwykle bogatą paletę barw głosu, raz jest to ciemna barwa gniewu na los i świat, raz zupełnie subtelna i jasna, wyrażająca troskę o los kochanego mężczyzny. Violetta godząc się na zerwanie z Alfredem, przeistacza się z damy lekkiego obyczaju, w prostą i czystą kobietę, następuje tu swoisty rodzaj zbawienia bohaterki. Znając różne interpretację patii Violetty, nie spotkałem się z tak umiejętną i sugestywną, a przy tym zupełnie naturalną metamorfozą na scenie. Patrząc na całość budowania postaci Violetty, tworzenia całej dramaturgii gestu i niewątpliwego vocal acting przez Iwonę Hossę, dochodzę do wniosku, że wszystkie zabiegi są podporządkowane właśnie temu przeistoczeniu postaci. Czyż nie świadczy o tym nonszalancki sposób poruszanie się po scenie w pierwszym akcie i cyniczny uśmiech, stale obecny na twarzy artystki? Czy nie przekonuje widza subtelne piano i delikatna fermata na słowie „addio” w finale wielkiego duetu, podkolorowane łamiącym się głosem?
Hossa doskonale wie po co wchodzi na scenę, z jakiego powodu się na niej znajduje, wie o czym śpiewa i do kogo kieruje swój śpiew. Każdy jej krok na scenie jest pewny, a gest wyraźny i nieprzypadkowy. Obserwując śpiewaczkę podczas spektaklu odnosi się wrażenie, że prawdziwe imię i nazwisko zostawiła w garderobie, a scena staje areną autentycznych rozgrywek emocjonalnych, trudnych wyborów, a w efekcie miejscem oddania ducha.
Takie cechy może posiadać tylko prawdziwa heroina operowa z krwi i kości, która potrafi zyskać absolutną władzę nad emocjami publiczności i dowolnie nimi sterować. Dobrze śpiewać potrafi wiele artystek, jednak tylko garść z nich posiada ten szczególny dar dzięki któremu możemy wciąż mówić o primadonnach.
Diwy operowe bywają kapryśne i nieznośne, krążących o nich anegdot nie zliczy chyba nikt. Bywają też diwy, które wyrzuca się z teatru, na szczęście działa pewne operowe prawidło, które pokazuje, że dyrektorzy przemijają… a primadonny pozostają!
