Jerzy Mechliński(Falstaff) i Helena Zubanovich(Pani Quickly)  fot.Katarzyna Zalewska
Jerzy Mechliński(Falstaff) i Helena Zubanovich(Pani Quickly) fot.Katarzyna Zalewska opera.poznan.pl

Nowy sezon artystyczny zaczyna ruszać, nim ruszy na dobre poświęćmy jeszczę chwilę uwagi staremu. Jaki był i co przyniósł w poznańskim Teatrze Wielkim?

REKLAMA
Otóż był to rok szczególny dla Teatru Wielkiego, bowiem w lipcu ubiegłego roku nastąpiła zmiana dyrekcji, stanowisko dyrektora naczelnego po Michale Znanieckim obięła Renata Borowska-Juszczyńska, zapraszając do współpracy dyrygenta Gabriela Chmurę, który objął stanowisko dyrektora artystycznego. W pierwszym roku pracy nowej dyrekcji odbyło się sześć premier, w tym jedna baletowa. Pierwszym spektaklem premierowym była „Cyganeria” Giacomo Pucciniego, którą wyreżyserował Ran Arthur Braun. Był to spektakl, który przyniósł wiele muzycznej satysfakcji, głównie za sprawą wysokiego poziomu gry orkiestry, oraz odtwórcy roli Rudolfa, tenora Jeongki Cho. Koreański śpiewak urzekał swoją muzykalnością, wspaniałym opanowaniem techniki wokalnej, oraz autentyzmem kreowanej postaci. Zdecydowanie gorzej wypadła strona teatralna. Ran Arthur Braun zdecydowanie „przekombinował” swoją wizję „Cyganerii”. Doszło w tym przypadku do rzeczy o tyle śmiesznej, co w zasadzie smutnej. Tragiczna historia miłości Mimi i Rudolfa, okraszona głodem, chłodem i śmiercią, została upudrowana na kolorową bajkę, co do której nie mam pewności, czy miała śmieszyć, czy też przerażać? Do śmiechu w tym dziele niewiele jest powodów, natomiast do łez i owszem, szkoda że Braun nie dał ku temu okazji. Banalność koncepcji reżysersko-scenograficznej dała się odczuć niemal w każdej scenie. Widać było jak treść opery przegrała z wyobraźnią reżysera.
logo
"Cyganeria" reż. Ran Arthur Braun opera.poznan.pl

Pod koniec lutego Teatr Wielki dał drugą premierę, była to opera dziecięca „Jaś i Małgosia” Humperdincka. Tym razem nie było najmniejszych powodów do narzekań. Reżyserka Monika Dobrowlańska stworzyła spektakl bardzo kolorowy, niewątpliwie wdzięczny dla dziecięcego oka, a i dla dorosłych znalazło się kilka inteligentnych zabiegów reżyserskich. Najbardziej w moją pamięć zapadł Marek Szymański, tenor w roli złej Baba Jagi, który stworzył nader ciekawą postać, czym zyskał sympatię małych widzów.
logo
Marek Szymański w roli Baba Jagi fot.Katarzyna Zalewska opera.poznan.pl
W kwietniu operowa publiczność została dopieszczona dwoma dziełami Igora Strawińskiego. Operą-oratorium „Król Edyp” i legendarnym baletem „Święto wiosny”. Obie realizacje przyniosły sporo artystycznej satysfakcji. W „Królu Edypie” usłyszeliśmy niesłychanie utalentowany duet śpiewaczy, mezzosopran Agnieszkę Zwierko w roli Jokasty i tenora Jacka Laszczkowskiego kreującego postać Edypa. Spektakl wyreżyserował Jacek Przybyłowicz, był to jego reżyserski debiut na polu teatru operowego. Nie obyło się bez kilku potknięć, niemniej był to spektakl ciekawy. „Król Edyp” zostanie zaprezentowany na międzynarodowym festiwalu operowym na Węgrzech.
logo
Agnieszka Zwierko w roli Jokasty fot. Katarzyna Zalewska opera.poznan.pl
Choreografię do „Święta wiosny” stworzył Paul Julius, który co prawda nie pokazał niczego zaskakującego, ani też awangardowego, natomiast udało mu się zrobić dynamiczny i zwarty spektakl. Najbardziej w pamięć zapadła mi Shino Sakurado kreująca postać Ofiarowanej. Przy okazji wieczoru poświęconego setnej rocznicy premiery „Święta Wiosny” poznańska publiczność zapoznała się z młodym dyrygentem Grzegorzem Wierusem, który odważnie i z pełnym sukcesem zmierzył się z tą trudną i niezwykle wymagającą muzyką.
Koniec maja przyniósł przedostatnią premierę, tym razem było to dzieło Krzysztofa Meyera „Cyberiada”. Opera zdecydowanie współczesna, pochodząca z wczesnego okresu twórczości kompozytora. Jej wystawienie zainaugurowało jubileusz 70-tych urodzin kompozytora.
Spektakl wyreżyserował wspomniany już Ran Arthur Braun. I znów pojawiły się podobne problemy które zaistniały przy okazji „Cyganeri”. Znów powiało powierzchowną interpretacją, zdecydowanym przeładowaniem pomysłów i użyciem ogranych środków. Popisy akrobatyczne, zrzucanie na publiczność czerwonych balonów, to rozwiązania które jedynie mogą ucieszyć oko mało wyrobionego widza, ale nic poza tym. Kolejny raz wyszła ta sama proporcja napięć między muzyką, a teatrem. Teatr poległ w gąszczu pomysłów. "Cyberiada" miała jeden pozytywny atut w postaci znakomitej gry orkiestry, którą poprowadził maestro Krzysztof Słowiński. Rozmach instrumentacyjny kompozytora, został świetnie podkreślony, poprzez z jednej strony precyzję dyrygenta, z drugiej zaś nieprzeładowane wolumenem brzmienie orkiestry.
logo
Spektakl "Cyberiada" Ran Arthur Braun opera.poznan.pl

Na ostatnią premierę operową w gmachu pod Pegazem wybrano „Falstaffa” ostatnią operę Giuseppe Verdiego. Jest to dzieło iskrzące się humorem, a przez to bardziej wymagające pomysłowości. Reżyserię powierzono Tomaszowi Koninie. Przyznam, że efekt pracy reżysera wprawił mnie w niemałe zdziwienie. Tomasz Konina to jeden z najlepszych polskich reżyserów teatralnych, mający na swoim koncie także udane produkcje operowe, tym razem nie podołał zadaniu. „Falstaff” w wydaniu Koniny, to współczesny celebryta, który miał w sobie łączyć cechy rubasznego i chciwego sybaryty z żądnym medialnego poklasku i szumu egocentryka. Spektakl utrzymany w zdecydowanie współczesnej stylistyce, łączy różne konwencje na zasadzie kolażu wolnych skojarzeń. Jest więc i antyczna postać, barokowa dama, a także postaci ze świata popkultury. Zabrakło w tym wszystkim myśli przewodniej, która niczym spoiwo łączyłaby te wszystkie zabiegi w jedną czytelną całość. Szczęśliwie nie zawiedli soliści i orkiestra. Największe wrażenie zrobił na mnie Jerzy Mechliński w roli tytułowej, który bawił się teatrem, tworząc wierną oryginałowi postać Falstaffa. A przy tym artysta zaprezentował kolejny raz, wielką maestrię wokalną! Nie zawaham się określić Jerzego Mechlińskiego mianem największego obecnie artysty Teatru Wielkiego w Poznaniu. Wiele dobrego należy powiedzieć także o paniach, Helenie Zunbanovich (Pani Quickly), Magdalenie Nowackiej (Alicja Ford) oraz o odtwórcy roli Pana Forda, Stanisławie Kuflyuku. Znakomity śpiew, wysoki poziom sztuki aktorskiej wywołał wielki aplauz wśród publiczności.
A cóż poza premierami? Odbyło się kilka wznowień m.in. „Wesele Figara”, „Wolny Strzelec” oraz „Werter”. Bardzo dobrym posunięciem ze strony dyrekcji było pozyskanie dla Teatru Wielkiego takich gwiazd wokalistyki, jak Iwona Hossa i Agnieszka Zwierko. Odbyły się także dwa recitale, Barbary Kubiak i Michała Marca, które spotkały się z ciepłym przyjęciem publiczności. Cieszy także nawiązanie współpracy ze Stanisławem Kuflyukiem, który jak sądzę zrobi wielką karierę. Poznańska scena ma szczęście do barytonów, z jednej strony może poszczycić się artystą tej klasy co Jerzy Mechliński, z drugiej utrzymuje stały kontakt z jednym z najlepiej zapowiadających się młodych śpiewaków.
logo
Stanisław Kufluk (baryton) http://www.kuwaitcp.com/prgm2012_4.htm

Nienajlepiej wypadły Dni Verdiego, których szczupłość tłumaczono ograniczeniami finansowymi. Myślę jednak, że festiwal ten wymaga gruntownego przemyślenia i przebudowy, w innym przypadku jego formułę w obecnym kształcie będzie trzeba uznać za wyczerpaną.
Imponująco wypadł „Koncert Marszałkowski” z okazji święta niepodległości. Zespół opery zaprezentował „Kwiaty Polskie” Mieczysława Weinberga. Koncert przyniósł nie tylko wysoki poziom artystyczny, ale spełnił także rolę poznawczą, niezbyt dobrze znanego jeszcze w Polsce kompozytora.
Widać w Teatrze Wielkim tendencję zwyżkującą, która jest znacząca w stosunku do lat ubiegłych. Podniósł się poziom gry orkiestry, co jak sądzę jest zasługą Gabriela Chmury. Cieszy współpraca teatru z dyrygentami gościnnymi Zbigniewem Gracą, oraz Tadeuszem Kozłowskim. Poza premierami miałem okazję śledzić także codzienne spektakle, które być może nie zawsze urzekały teatralną atrakcyjnością, natomiast odznaczały się zdecydowanie wyższym poziomem muzycznym, niż to miało miejsce w nieodległej przeszłości. Było to wyraźnie zauważalne chociażby na przykładzie „Strasznego Dworu” Stanisława Moniuszki, czy „Cyrulika sewilskiego” Gioacchino Rossiniego.
Pozostaje mieć nadzieję, że w ślad za wzrostem poziomu muzycznego, podniesie się poziom strony teatralnej przyszłych premier, wówczas Poznań będzie mógł na powrót zaliczać się do ścisłej czołówki polskich scen operowych.