Solennnie obiecałem sobie, że pierwszy wpis nie będzie dotyczył technologii, ale rzeczywistość jak zwykle skrzeczy. Dziś głosem Jacka Bromskiego- prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich, który zadał sobie trud ukazania “ukrytej strony” wojny o ACTA. Przy okazji, wykazując się równie wielką ignorancją, jak ta o którą oskarża przeciwników ACTA - których sukces skwitował jako “dyktaturę kilkunastoletnich licealistów”.

REKLAMA
Oj, kusiło, bardzo kusiło, aby opatrzyć aktualną sytuację na rynku cyfrowych dóbr kultury równie barwnym sformułowaniem - ale po co? Balonik samozadowolenia i moralnej wyższości Jacka Bromskiego da się nakłuć i bez celowych złośliwości.
Mit Pierwszy - kto obejrzał pirata, na pewno by zapłacił
Jacek Bromski głosi, że przez piractwo wytwórnie płytowe i studia filmowe nie zarabiają, a “film, który mógł liczyć na pół miliona widzów, osiąga 150 - 200 tys.”. Problem z tym twierdzeniem jest następujący - wspomniane pół miliona jest wyssane z palca. Wynika z szalonej metodologii przyjętej przez właścicieli praw autorskich, że każde “nielegalne” odtworzenie ich - niewątpliwie epokowego - dzieła, to jeden płacący konsument mniej.
To tym samym założenie, że każdy “pirat” oglądający - jak wielu moich znajomych - każdego wieczora jakiś film, jest gotów zapłacić za niego 40zł w EMPIKU. Nie jest. Choćby dlatego, że wielu z nich za ten 1,2 tys. zł (30x40) się utrzymuje - opłacając mieszkanie, ciuchy i żarcie. Większość młodych polaków otrzymuje naprawdę gówniane pensje, o czym wiedzą chyba wszyscy za wyjątkiem pana prezesa.
Szczęściem, najczęściej trzymają się z dala od polskiej kinematografii, która z uporem produkuje - na zmianę - artystyczne kino wiejące nudą (bo wielka sztuka musi w Polsce wiać patosem), oraz komedie(?) w stylu “Kac Wawy”, które skwitujmy litościwym milczeniem, bo nawet jak na kino czysto rozrywkowe powalają głupotą i brakiem choć krztynki polotu
Hollywood również sobie darujemy, choć jeśli ktoś traci to właśnie ono. M. in. dlatego, że piraty rozwalają starannie zaplanowany system dystrybucji, dzięki któremu od premiery “Za Wielką Wodą” my musimy sobie jeszcze poczekać. Jednakże, jeśli w Awatara zainwestowano pół miliarda dolarów, a zarobił ponad dwa, to znaczy jego upadek jest jeszcze daleki.
Zagrożone jest jednak kino europejskie “część dziedzictwa kulturowego, nośnik różnorodności kulturalnej, w przeważającej części - przedsięwzięcia niekomercyjne, liczące najczęściej na zwrot nakładów, a nie na zarobek.”. Kino, które - czasem - można znaleźć w EMPIKach i kameralnych kinach - obecnych tylko w największych polskich miastach.
I wiecie co? To zabawny przykład. Bo akurat wśród miłośników bardziej wysmakowanych rozrywek, wyprawy do kina i polowanie na - legalną - “część dziedzictwa kulturowego” jest bardzo popularne. Choć często zarabiają jeszcze mniej - płacąc za ukończone studia humanistyczne. Niestety, sytuacja wciaż nie jest czysta moralnie, bo mało który odmówi sobie 90% smakołyków, tylko dlatego że brak ich w kinie i EMPIKu.
Tak jak większości flimów rekomendowanych przez polski startup - Filmaster.pl, który robi karierę skuteczne rekomendując dobre filmy, których większości nie moge legalnie kupić, wypożyczyć ani obejrzeć w sieci!
Mit drugi - ten, który na pewno by zapłacił, miałby co obejrzeć
I właśnie utrudniony dostep do filmów jest drugim powodem, dla którego oderwanie od rzeczywistości pana Bromskiego mnie przerasta, ponieważ kto jak kto, ale On powinien wiedzieć jak działa światowy przemysł muzyczny i filmowy.
“Dystrybucja online to przyszłość. Wyczekiwana. Wprowadźmy dystrybucję internetową filmu, muzyki, literatury za rozsądną cenę. Producenci chętnie wstawią filmy do Internetu za opłatą nawet 10 razy mniejszą niż cena rynkowa, bo opłaca się to i tak przy pominięciu opłat dla dystrybutora, hurtowni i sklepu. Ale obawiają się, że to w jeszcze większym stopniu ułatwiłoby kradzież filmów piratom.”
W swoim tekście opisuje sytuację o której marzę. Wygodny dostep do filmów i muzyki, bez płyt (po co komu one w erze szerokopaskowego internetu?), tłuczenia się po EMPIKach ( ...i częstego - “nie mamy na składzie”) i z ceną, która nie wywołuje skrzywienia. Niestety, opisuje tą utopię jakiś tydzień po upadku serwisu TvScreen.pl, który próbował dostarczyc współczesne kino legalnie użytkownikom internetu.
“- Zabiły nas oczekiwania i zasady narzucane przez wytwórnie – mówi były menedżer Digital Partners proszący o anonimowość. Część opłat na ich konto tvscreen.pl musiał regulować z góry (tzw. upfront fee). Według nieoficjalnych informacji np. za dystrybucję filmów Disneya spółka zapłaciła między 200 a 300 tys. dolarów. A musiała się jeszcze dzielić procentem wpływów od każdego wyświetlenia. Tu kłopot był taki, że wytwórnie określają opłaty z góry, przyjmując wedle własnego uznania, że np. dany tytuł zostanie odtworzony w internecie co najmniej 50 tys. razy.
- Te oczekiwania miały się nijak do polskiego rynku. A nasze tłumaczenia, że ta liczba jest kilkakrotnie zawyżona, nic nie dawały – przyznaje rozmówca „Gazety”.”
Inne polskie serwisy VOD są mniej ambitne. Dlatego istnieją. Jednak ich repertuar średnio napalony kinomaniak obrobi w miesiąc. Zakładając oczywiście, że podaruje sobie trzeciorzędne koreańskie filmy sensacyjne sprzed trzech lat, które wiszą tam gdzie powinno być współczesne kino.
A pan Bromski z laurem zbawcy na posiwiałej skroni, opowiada banialuki, że dystrybutorzy, pośrednicy i reszta stada łacno zrezygnuje z zysków ku naszej wygodzie. I pisze te głupoty w kraju, gdzie e-book potrafi być droższy o papierowej wersji książki, a w sieci nie można obejrzeć legalnie niemal żadnej produkcji młodszej niż dwa lata!
Tak więc mam propozycję - może najpierw dajmy mozliwość wygodnego, legalnego zakupienia dóbr kultury w sieci, a potem regulujmy internet? Bo gwarantuję - nielegalnie można z sieci ściągnąć absolutnie wszystko. Tylko z legalnym dostępem są problemy.
Ergo
Mawiają, że okazja czyni złodzieja. Ale to niezupełnie tak - ludzie idą zawsze po najmniejszej linii oporu.
I jeśli wciąż wygodniej będzie biegać po podejrzanych stronach, aby po godzinie mieć na dysku film, na który legalnie trzeba polować miesiąc i jeszcze dopłacić za ten stracony czas oraz bezużyteczny kawałek plastiku na którym go zapisano, to piractwo będzie kwitło nawet jeśli drastycznie zaostrzyć kary.
A to wszystko w czasach, gdy mogę kartą zapłacić w 30 sekund za wypożyczenie filmu na 24h, czy zakupienie albumu z muzyką i cieszyć się nim natychmiast. Bez narażania swojego komputera na zawirusowanie, bez problemów z kodowaniem/brakiem napisów do filmu, bez źle opisanych plików z muzyką i dennej jakości.
Tylko... ups! Gdzie do cieżkiej cholery mam tej muzyki i filmów szukać w polskiej sieci?
Jacek Bromski może grzmieć, o upadku obyczajów, o 10 przykazaniach, o internetowej kloace, ale zawsze tak było w historii, że lud chciał chleba i igrzysk. Za PRLu ciężko było z żarciem, choć z głodu ludzie nie marli, ale i tak w 89’ dano kopa odpowiedzialnym za ten stan rzeczy. W 2012 chleb już jest, ale ciężko z “igrzyskami”, więc sytuacja może się powtórzyć.
Dlatego premier skapitulował w sprawie ACTA, a pan Bromski powinien się zastanowić, czy utrudniając życie klientom, przemysł filmowy i muzyczny nie keci bicza na...