"Hola Fernando, oddawaj talent!"
"Hola Fernando, oddawaj talent!" Kosmiczny Mecz, reż.J.Pytka

Torres, Mendieta…Jak wytłumaczyć, że świetni piłkarze niemal z dnia na dzień stają się swoimi karykaturami? Prawda jest wstrząsająca. Oto nasza sensacyjna teoria.

REKLAMA
Pamiętacie film „Kosmiczny Mecz”? Jeśli wychowaliście się w latach 90., na pewno tak. Innym przypomnijmy: grupa małych, pokracznych stworków z innej planety kradła w nim talenty najlepszych graczy NBA, by wygrać mecz z drużyną królika Bugsa.
W jednej chwili wysportowani atleci stawali się sfrustrowanymi paralitykami. Straszne, prawda?
Obserwujemy grę Fernando Torresa w meczu z Birmingham i dochodzimy do wniosku, że kosmici wrócili. Inaczej niemocy Hiszpana wyjaśnić nie można. Aklimatyzacja? Mieszka w Anglii od kilku dobrych lat. Kontuzje? Jakie kontuzje, chłopak zdrów jak ryba. Ma trenera, który na niego stawia i kibiców, którzy w niego wierzą. Słowem, jak ująłby to Zdzisiek Kręcina, „ptasiego mleczka mu nie brakuje”.
A więc dlaczego? Odpowiedź może być tylko jedna – kosmici. Zanim zgłosimy tę sprawę do Strefy 11, postanowiliśmy zgłębić nieco temat. Okazuje się, że parszywe potworki grasują na europejskich stadionach co najmniej od kilkunastu lat. Oto krótka lista ich ofiar.
Andrij Szewczenko
Dowód na to, że kosmici ze świata Looney Tunes szczególnie upodobali sobie luksusową londyńską dzielnicę. Ukrainiec przechodził do Chelsea w glorii zdobywcy Złotej Piłki, kilkukrotnego Króla Strzelców Serie A. Nie było też obaw o jego, mówiąc językiem graczy Football Managera, „adaptability” – pierwszy sezon we Włoszech uczcił pierwszą koroną króla strzelców. I co? I guzik.
Powiedzieć, że w drużynie „The Blues” się nie sprawdził, byłoby komplementem. Pamiętamy go z dwóch meczów – w ligowym spotkaniu z Aston Villą zaliczył takie oto trafienie Zdarzyło mu się też wybić piłkę z linii bramkowej w półfinałowym meczu LM z Liverpoolem. Łącznie w niebieskiej koszulce strzelił 9 bramek. I tyle. Kiepsko, jak na trzy sezony gry. I 30 milionów funtów.
Gaizka Mendieta
Zanim kosmici pojawili się na Wyspach, wygrzewali swoje kości na Półwyspie Iberyjskim. Ich ulubionym miastem była Valencia, a konkretnie okolice stadionu Mestalla. Jak wytłumaczyć, że tylu piłkarzy ze świetnej drużyny Hectora Raula Cupera z przełomu wieków zapomniało, po co po trawie lata dziwna kula, a oni na nogach mają podkolanówki... Gerard Lopez, Kily Gonzalez, Javier Farinos, a przede wszystkim największa gwiazda, czyli Gaizka Mendieta.
W 2001 roku przeszedł do Lazio za 37 mln dolarów – do zeszłego roku (40 mln za Davida Villę) była to rekordowa suma zapłacona za hiszpańskiego piłkarza. W Rzymie Mendieta ze stalowych płuc drużyny stał się kaszlącym astmatykiem. W trzy lata zagrał tylko dwadzieścia ligowych meczów bez zdobytej bramki. Potem próbował odbudować się w Barcelonie i Middlesbrough, ale do dawnej formy już nie wrócił. Co ciekawe, niedawno znów poprowadził Valencię... jako kierowca klubowego autobusu.
Fabio Cannavaro
„Donte esta Fabio?” – musieli pytać kibice Realu Madryt po przejściu włoskiego obrońcy na Santiago Bernabeu. Zawodnik, który przyjechał z Turynu wyglądał jak Cannavaro, gadał jak Cannavaro, ale, cholera, to nie mógł być Cannavaro! A jednak.
Kapitan włoskiej reprezentacji był po zwycięskim Mundialu w Niemczech u szczytu sławy i formy. Jego występy po transferze do Galaktycznych do dzisiaj pozostają nierozwiązaną zagadką. Pod koniec 2006 roku spijał jeszcze śmietankę po rewelacyjnym występie na MŚ, zgarniając co ważniejsze nagrody indywidualne. Ale potem wszystkie kolejne listy, na które trafiał Włoch, to listy transferowych wpadek. Bądź mundialowych niewypałów. Po 3 sezonach „Che Capitano!” wrócił do Juventusu, gdzie współtworzył najgorszy blok obronny „Starej Damy” od 40 lat.
Ostatnio wystawił swoje piłkarskie walory na aukcję. W Kalkucie. A podobno obrońcy są jak wino….
Adriano
Spóźnianie się na treningi. Nadużywanie alkoholu. Imprezowanie z mafiosami. Postrzelenie nieznajomej. Ciekawe przypadki brazylijskiego napastnika pokazują, że bliskie spotkanie trzeciego stopnia pozostawia trwałe uszkodzenia mózgu. Po kilku świetnych sezonach w lidze włoskiej (40 bramek w sezonie 2004/2005 i np. takie akcje), nagle stracił formę. I zaczął pić. Albo odwrotnie. Nigdy nie dowiemy się co było pierwsze, ale od kilku lat częściej niż na boisku widzimy go balującego z browarem w dłoni.
Szkoda, bo bilans 48 spotkań i 27 goli w reprezentacji Brazylii mówi sam za siebie. Rafał Stec pisał o nim: „uchodził za kandydata na futbolistę wybitnego kolejnego zjawiskowego brazylijskiego napastnika, będącego prototypem snajpera przyszłości, czyli kolosa łączącego imponujące warunki fizyczne, z imponującą techniką”. Uff. Nie wypada się nie zgodzić.
Thomas Brolin
Zgoda, nigdy nie był piłkarskim tuzem w rodzaju Szewczenki. Jednak, dla tych, dla których pierwszym mundialem był ten w ’94, stał się jednym z pierwszych piłkarskich bohaterów. Pewnie, że za Romario, Baggio i Stoiczkowem, ale łapał się w pierwszej dziesiątce. Po niezłym sezonie w Parmie zanotował rewelacyjny występ na mistrzostwach świata USA.
Kto by wtedy pomyślał, że gwiazda reprezentacji Szwecji stanie się wczesną wersją Dawida Janczyka. Wiele razy zastanawialiśmy się, ile trzeba jeść, by, będąc zawodowym piłkarzem, mieć problemy z nadwagą. Brolin na pewno zna odpowiedź na to pytanie.
logo
Thomas Brolin AD 2010 http://footballsup.com

Aktualnie znów osiąga sukcesy, ale już na innym polu – prowadzi firmę sprzedającą nowatorskie odkurzacze...
PS. Planowaliśmy powiększyć listę o polskich piłkarzy. Dochodzimy jednak do wniosku, że mamy za mało miejsca. Na ich talenty szkoda – nomen omen – Zachodu. Michał twierdzi, że na ich umiejętności czyha inna grupa kosmitów. Pochodzą z galaktyki gdzie „obcy musi być, co najmniej dwa razy lepszy niż miejscowy!”. Zazwyczaj dla kamuflażu przybierają postać trenera zachodniego klubu, „który nigdy mnie nie lubił”. W rzeczywistości, bez charakteryzacji, wyglądają tak.
Pozdrawiamy,
Tomek Cirmirakis
Michał Polakowski