No, fajnie. Byłam zakwalifikowana do leczenia… Byłam na liście oczekujących… Powinnam być cierpliwą i „myśleć pozytywnie”… Wcale tak nie było.…
REKLAMA
Narastające „dokuczliwości zdrowotne”, znane już mi dobrze coraz bardziej, utrudniały mi wykonywanie pracy (pół etatu plus zlecenia) i codziennych prac domowych… „Mobilizowałam się”… I potem „padałam”… A potem znów „mobilizacja”, wykonanie zadań i … kilka godzin „polegiwania”, a nawet snu. W ciągu dnia! To mi się do tej pory nie zdarzało. Zaczęły mnie w gorszych chwilach nachodzić głupie, niecierpliwe myśli: ile mam jeszcze czekać – aż „zdechnę”?!
Doszła do tego wszystkiego dość stresująca sytuacja w firmie. W czasie tzw. „trzyletniej oceny” przebiegu mojej pracy otrzymałam wysokie noty we wszystkich wymaganych „kategoriach”. Mogłam być w pełni spokojna o przedłużenie umowy na kolejne trzy lata (taki typ zadań). I nagle słyszę: „Proszę wykorzystać zaległy urlop, mamy już młodą osobę na to miejsce”. Zaznaczam, że podstawowym kryterium otrzymania pracy na moim stanowisku było minimum kilkunastoletnie doświadczenie w zawodzie. A tu osoba zaraz po dyplomie, nawet bez stażu… Przyznaję, sytuacja dość nietypowa. Dobra ocena (nawet bardzo) i … „tej pani dziękujemy”… „Ścisk w żołądku” i przebiegające w myślach pytanie: „co dalej?!” Było to, co najmniej, szokujące… I chyba nie tylko dla mnie, bo kilka osób z komisji oceniającej też było zaskoczonych „werdyktem”… Jednak to był dziwny dzień – pozornie dołujący, a w sumie dający nadzieję. Bardzo miłym zaskoczeniem dla mnie było to, że zanim wyszłam z budynku firmy, już miałam dwie kolejne propozycje pracy. I to nie tylko na równie korzystnych warunkach czasowych (co było dla mnie ważne), ale także na znacznie lepszych finansowych… Na całe szczęście…
([Po pewnym czasie okazało się, że faktyczną przyczyną nieprzedłużenia umowy ze mną była … moja choroba. Nie wiem w jaki sposób szef się o niej dowiedział. Pewnie „ktoś życzliwy”… Nie miałam żadnych absencji ani zaniedbań. Ale padła ze strony szefa „diagnoza”: ”ona zacznie chodzić na zwolnienia, ona nas może pozarażać!” Nie wypowiem się na temat mojego - już byłego - szefa. Stan jego wiedzy w tym zakresie był zerowy, a on nawet nie zadał sobie minimum trudu, żeby cokolwiek wyjaśnić… Cóż… To nie był odosobniony przypadek. Kilkoro moich znajomych z LD też miało podobne zdarzenia…)
Jak dobrze, że miałam już zapewnioną nową pracę. Ciekawa, godziny pracy były dla mnie korzystne – tylko w drugiej połowie tygodnia. Dawało to czas na regenerację sił… I nie ukrywam, że dawała także – co było szczególnie dla mnie ważne – poczucie bezpieczeństwa w zakresie ubezpieczenia zdrowotnego. Mogłam być spokojna o możliwość leczenia… Na które spokojnie sobie dalej czekałam… (no, powiedzmy, że „spokojnie”…)
… Niespodziewane przyspieszenie…
Od tego momentu, w którym dowiedziałam się że mam czekać na rozpoczęcie leczenia około dwóch lat, minęło pół roku… To było pierwszy dzień w mojej nowej pracy, gdy nagle zadzwonił telefon: „ma się pani zgłosić za tydzień na rozpoczęcie terapii”… JAK TO?! JUŻ??? TERAZ??? Zaraz, zaraz… Czy ja dobrze słyszę? Miałam czekać około dwóch lat, a tu JUŻ mam zgłosić się na leczenie?
Od tego momentu, w którym dowiedziałam się że mam czekać na rozpoczęcie leczenia około dwóch lat, minęło pół roku… To było pierwszy dzień w mojej nowej pracy, gdy nagle zadzwonił telefon: „ma się pani zgłosić za tydzień na rozpoczęcie terapii”… JAK TO?! JUŻ??? TERAZ??? Zaraz, zaraz… Czy ja dobrze słyszę? Miałam czekać około dwóch lat, a tu JUŻ mam zgłosić się na leczenie?
Głupie uczucie… Przyzwyczaiłam się czekać.. Po prostu… Stan mojego oczekiwania przeszedł w fazę chroniczną (no prawie, szczerze mówiąc…) I tu jeszcze to nowe miejsce pracy (na szczęście zadania do wykonania były mi bardzo dobrze znane)…
Dziwna była ta moja reakcja: radość połączona z niedowierzaniem… Dlaczego już? Jak to już…, co się stało? Podobno skróciły ten czas jakieś nowe umowy czy kontrakty dające możliwość objęcia leczeniem większej liczby osób… Coś ważnego zaczęło się dziać…
Dziwna była ta moja reakcja: radość połączona z niedowierzaniem… Dlaczego już? Jak to już…, co się stało? Podobno skróciły ten czas jakieś nowe umowy czy kontrakty dające możliwość objęcia leczeniem większej liczby osób… Coś ważnego zaczęło się dziać…
A do mnie powoli, z każdym dniem docierało, że to się dzieje naprawdę…
Od znajomych, a zwłaszcza od Mani, wiedziałam już trochę o przebiegu terapii, o jej uciążliwościach, o … ryzyku różnych powikłań… Była to terapia dwulekowa: interferon i rybawiryna. Oba leki (zwłaszcza interferon) dawały różne skutki uboczne. „Wredne”, jak stwierdzali pacjenci, którzy już poznali ich działanie. Nie będę oszukiwać – obawy miałam… Ale to wszystko było nieistotne! Najważniejsze było, że będę leczona!
Moje spojrzenie w przyszłość było teraz pełne nadziei, że się uda… Wiary, że pokonam wirusa i mój sublokator wreszcie przestanie mnie dręczyć…
Liczyłam godziny do wyznaczonego terminu… Serce mi biło mocno…
