Mademoiselle Greebo wychowała się na „Czterech Pancernych” i „Kapitanie Klossie”. Dlatego na dźwięk języka niemieckiego spodziewa się najgorszego, a przejazdy pociągiem przez Niemcy to dla niej istna wojna nerwów. Jako nieodrodna córa narodu polskiego, wojnę tę przegrywa. Chyba, że na jej trasie pojawi się monumentalny Jezus. Ale o tym za chwilę.
REKLAMA
Przeprawiając się do ojczyzny koleją, Mademoiselle Greebo pomyliła wagony. Żeby dotrzeć do swojego, musiała przedrzeć się z tobołkami przez dwa inne. Już wynurzała się z przejścia między siedzeniami, kiedy na jej drodze stanęła Niemiecka Kobieta z trójką dzieci. Mademoiselle Greebo został do końca korytarza ledwie metr, wydało jej się logiczne, że pozwolą jej z niego wyjść. Myliła się.
- Was ist das?! – Niemiecka Kobieta zagrodziła jej drogę.
Mademoiselle Greebo wzdrygnęła się. Raz, bo nie zna niemieckiego i nie chce go znać (patrz: w/w filmy). Dwa, bo krzykliwe osoby zawsze ją przerażały.
- Co jest co? – zapytała po angielsku, a w duchu pogratulowała sobie przejścia na językowo neutralny grunt. Znakomity manewr strategiczny, #Polakpotrafi.
Ale Niemiecka Kobieta po angielsku jeszcze bardziej skrzyczała Mademoiselle Greebo. Że ta się pcha, toruje i wymusza pierwszeństwo.
- Mam się cofać, bo mam dzieci?! – zakończyła.
Mademoiselle Greebo zapomniała języka w gębie. Umknął jej związek logiczny w zdaniu, ale nie fakt, że scenie wszyscy się przyglądali. I że wagon okupowali prawdopodobnie sami Niemcy. Jeśli teraz to ona wydrze się na Niemiecką Kobietę…
Mademoiselle Greebo wypuściła powietrze z płuc. Spłaszczyła się, by sąsiedzi zza Odry mogli się koło niej przecisnąć. Nie ma co. Przegrała.
Mademoiselle Greebo wypuściła powietrze z płuc. Spłaszczyła się, by sąsiedzi zza Odry mogli się koło niej przecisnąć. Nie ma co. Przegrała.
W drodze powrotnej odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że jej sąsiadem z przedziału jest cichy pan w okularach skrobiący coś ołówkiem na zadrukowanych kartkach oraz medyk, który od Warszawy do Kutna roztrząsał przez telefon kwestię zaraźliwości chorób przenoszonych drogą płciową. Gdy skończył, pan w okularach pochylił się do niego.
- Jest pan Polakiem? – zapytał. Miał silny, niemiecki akcent. – Pomoże mi pan odrobić pracę domową?
Zdziwiony medyk kiwnął głową. Zagłębili się w ćwiczeniach.
- „Wędkarze zwykle nie jedzą złowionych przez siebie ryb…”. Ryb?
- Narzędnik? - strzelił Niemiec.
- Zaraz, kogo, czego to dopełniacz, nie? No, dopełniacz. A tu: „Muszę kupić ten reklamowany proszek...”
- Kogo, co, biernik? – ucieszył się Niemiec – Tu coś „obnażonego”…
- Nie obnażonego, tylko „obrażonego”.
- Jak? „Oparzonego”?
Medyk wdał się w wyjaśnienia, Niemiec pilnie notował. Mademoiselle Greebo zadumała się. Było coś poruszającego w tych łysych głowach pochylonych nad polską czytanką.
- „Bardzo lubię wiersz Tuwima pod tytułem „Spiżowy słowik” – wydukał Niemiec.
- Spóźniony – poprawił cierpliwie medyk.
Pociąg zwolnił.
- Was ist das?! – krzyknął Niemiec.
- A, to Jezus – wyjaśnił medyk, zerkając na wyrastającą za oknem monumentalną statuę - Największy na świecie.
- Co to za miejscowość?
- Świebodzin.
- Swie… Swa… Śśś…
Po chwili Niemiec się poddał.
- Jezus… spóźniony? – podjął z nadzieją.
- Spiżowy – poprawił go medyk.
Spojrzenia jego i Mademoiselle Greebo skrzyżowały się. Byli w podobnym wieku, musieli oglądać te same filmy. Przylepiony do szyby przedziału Niemiec pstrykał telefonem zdjęcia, a oni uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo. Z satysfakcją. Zupełnie odruchowo.
