
Wyjazdowe posiedzenie rządu w Katowicach i przedstawienie programu Śląsk 2.0 zapowiadane było jako remedium na kłopoty sektora węglowego. Jednak 100-stronicowy program nie wprowadza nic nowego. Sektor energetyczny jak był, tak będzie w kryzysie i cały czas będzie wymagał dotacji. Tym razem nie tylko górnicy, ale i my wszyscy możemy czuć się oszukani.
REKLAMA
Premier Kopacz ani słowem nie zająknęła się na temat tego, że górnictwo w Polsce jest sektorem schyłkowym. Przy ogromnym wysiłku i nieuniknionej restrukturyzacji funkcjonować będzie około 35 lat. Dlatego ratowanie miejsc pracy i regionalnej gospodarki powinno uwzględniać wsparcie obecnego już na Śląsku przemysłu produkującego urządzenia energetyki odnawialnej, a nie opierać się tylko na restrukturyzacji sektora węglowego, rozwoju technologii gazyfikacji węgla czy współfinansowaniu modernizacji ukraińskich elektrowni w tym kierunku, by mogły spalać polski węgiel. Co gorsza rząd chowa głowę w piasek, obiecując wsparcie dla sektora energochłonnego, nie prezentując jednak żadnych sensownych rozwiązań, które mogłyby rozwinąć potencjał nie tylko Śląska, ale i całej gospodarki.
Po raz kolejny jesteśmy świadkami tego, że pojęcia takie jak innowacja czy nowoczesność, z którymi nierozerwalnie wiąże się energetyka obywatelska, są polskiemu rządowi obce. Zamiast tworzyć nowe miejsca pracy w rozproszonej energetyce odnawialnej, rzuca na stół propozycję, która ma polegać na "zwolnieniu przedsiębiorstw reprezentujących przemysł energochłonny (w tym przede wszystkim górnictwo, hutnictwo, metalurgię oraz przemysł chemiczny) z części kosztów systemu wsparcia odnawialnych źródeł energii (tj. obowiązku zakupu zielonych certyfikatów oraz od 2016 roku obowiązku uiszczania tzw. opłaty OZE), które stanowią element składowy kosztów energii elektrycznej. Skumulowana wartość tego zwolnienia w skali całego kraju wyniesie około 450 mln zł w ujęciu rocznym".
Lekką ręką rząd chce dać przemysłowi energochłonnemu 2,2 mld zł do 2020 roku. Jeśli jednak popatrzymy na sektor energetyczny całościowo, to zobaczymy, że nawet ułamka takiej hojności nie mogą spodziewać się obywatele. Wywalczona przez tysiące osób poprawka prosumencka do ustawy o odnawialnych źródłach energii, która wprowadziła dla obywateli stałe taryfy na zieloną energię, ma kosztować do 2020 r. 550 mln zł. Ci sami politycy, którzy forsują zwolnienia dla przemysłu energochłonnego, chcą ograniczyć wsparcie dla obywateli, twierdząc, że jego koszty są zbyt wysokie.
Podobną niespójność można zarzucić rządowemu programowi, jeśli chodzi o zwolnienia przemysłu z akcyzy na zakup energii elektrycznej. Rząd zaproponował wsparcie polegające na „zwolnieniu przedsiębiorstw reprezentujących przemysł energochłonny z części akcyzy wliczonej do ceny energii elektrycznej. Rozwiązanie to zostanie wprowadzone w formie zmiany Ustawy o podatku akcyzowym." Tymczasem prosument, czyli osoba będąca jednocześnie konsumentem jak i producentem energii elektrycznej, musi płacić akcyzę za prąd wyprodukowany we własnej mikroelektrowni słonecznej. Interes koncernów energetycznych, węglowych oraz wysokoemisyjnego przemysłu znów traktowany jest priorytetowo i stawiany ponad interesem obywateli.
