Co zrobić żeby bez przeszkód móc produkować własny prąd? Przekonać rząd do przyjęcia ustawy o Odnawialnych Źródłach Energii (OZE).

REKLAMA

Jednym z największych projektów cywilizacyjnych XXI wieku jest przebudowa sektora produkcji energii w oparciu o syntezę nowoczesnych technologii, ekonomii i regulacji prawnych. Zarówno pod względem ekologicznym, jak i społecznym, ideałem jest produkowanie i zużywanie energii na najniższym możliwym poziomie. W praktyce oznacza to, że gospodarstwo domowe produkuje energię i zużywa większą jej część na własne potrzeby. Resztę oddaje do sieci bez jakichkolwiek zakłóceń i problemów. Model ten daje obywatelom kontrolę nad procesem produkcji energii i ogranicza straty podczas jej przesyłu.
Produkcja energii przez indywidualnych użytkowników z pewnością nie zastąpi w całości tzw. energetyki systemowej. Nie zmienia to jednak faktu, że zdaniem ekspertów już w 2020 możemy pokryć w ten sposób od 10-20% naszego zapotrzebowania na energię. Aby tak się stało rząd musi zająć się na poważnie tym, nad czym przez ponad dwa lata pracowali jego eksperci. Musi przyjąć ustawę o Odnawialnych Źródłach Energii, a tym samym usunąć nieżyciowe przepisy blokujące powstawanie przydomowych elektrowni, a także dokonać korekty wsparcia dla wielkoskalowych instalacji.
Kiedy w 2010 zbliżał się ostateczny termin wdrożenia dyrektywy OZE odżyła w nas nadzieja na likwidację patologicznego systemu wsparcia dla produkcji „zielonej energii”, w tym dla najbardziej prymitywnych technologii tzw. współspalania węgla z biomasą. Przedsiębiorcze koncerny energetyczne wykorzystały wsparcie przysługujące producentom zielonej energii, ponieważ polskie regulacje nie przewidują żadnych kryteriów środowiskowych. Już rok później wdrożenie przepisów dyrektywy nie było takie oczywiste, bo od strony praktycznej i politycznej nikt się tym tematem nie zajmował. Dlatego też podczas kampanii wyborczej w 2011, zaapelowaliśmy do polityków o powołanie pełnomocnika rządu ds. energetyki odnawialnej. Nasze koleżanki i koledzy przeprowadzili serię akcji w stylu „zaskocz polityka”, podczas których pojawiali się obok Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego czy Waldemara Pawlaka z banerami parafrazującymi hasła wyborcze. Ostatecznie, nowy rząd nie zdecydował się na pełnomocnika do spraw OZE, ale stworzył odpowiedni departament w Ministerstwie Gospodarki, który zajął się przygotowaniem nowych przepisów. Od tamtego momentu ruszyły prace nad ustawą o OZE, a towarzyszące im ekspertyzy nie pozostawiły „suchej nitki” na obecnym systemie wsparcia, zarówno od strony kosztów, jak i korzyści gospodarczych.
Praktycznie wszyscy zajmujący się tematem (może z wyjątkiem Ministra Skarbu ) doskonale wiedzą, że obecne wsparcie dla OZE nie służy nikomu za wyjątkiem statystyk (raportowany udział OZE w 2011 to 9%). Kiedy jednak przyjrzymy się im dokładnie to zobaczymy, że płacimy za coś, co nie odbudowuje krajowych mocy wytwórczych (w 2015 wyłączymy ok. 5000 MW kotłów węglowych), niszczy kotły elektrowni, w których mieszany jest węgiel z biomasą, zmniejsza ich sprawność produkcyjna, oraz nie wiedząc, czemu premiuje farmy wiatrowe, które powstały dzięki dotacjom unijnym (nawet do 80% kosztów inwestycji). Na dodatek obowiązujący system nie przekłada się proporcjonalnie na redukcję zanieczyszczeń, ponieważ importowana do Polski z Indonezji biomasa pokonując 21 000 km emituje podobną ilość gazów cieplarnianych, co inne paliwa kopalne w przeliczeniu na wyprodukowaną megawatogodzinę.
Od momentu swojego powstania, Departament Energetyki Odnawialnej stworzył kilka wersji ustawy o OZE (w tym wersje oficjalne, półoficjalne i nieoficjalne), ale
żadna z nich nie doczekała się decyzji Rady Ministrów. Choć jesteśmy w pełni świadomi ułomności wielu zapisów, które znalazły się w projekcie ustawy z października zeszłego roku (np. wsparcie dla budowy elektrowni w Nieszawie, czy też przestrzelone wsparcie dla dużych instalacji fotowoltaicznych), to nie mamy wątpliwości, że bez interwencji wicepremiera Janusza Piechocińskiego i decyzji premiera Donalda Tuska, sprawy nie ruszą do przodu. Wiemy też, że z natury decydenci są nastawieni raczej na opóźnianie decyzji niż rozwiązania, dlatego chcemy zainteresować problemem Internautów.
Dlatego jeżeli leży Wam na sercu niezależność energetyczna, nowe miejsca pracy, możliwość włączenia do sieci własnych paneli fotowoltaicznych, przydomowych wiatraków, czy też małych kotłów kogeneracyjnych wyślijcie maila do Premiera, przekażcie linka do klipu znajomym, podzielcie się nim na Facebooku lub zawieście nasz apel na własnym blogu. W ten sposób wspólnie zaczniemy tworzenie energetyki obywatelskiej na miarę XXI wieku, a więc energetyki mikro i małych instalacji. Energetyki pasującej do społeczeństwa opartego na wiedzy.

Robert Cyglicki i Kasia Guzek

P.S. Uprzedzając komentarze w stylu kto za to zapłaci, polecamy uzasadnienie do oceny skutków regulacji dla ustawy o OZE z października 2012, z której wynika, że skumulowane oszczędności z tytułu modyfikacji obecnie obowiązującego system wsparcia wyniosą ok. 2,3 mld zł do 2020 r. A na temat korzyści gospodarczych związanych z rozwojem małych i mikro instalacji napiszemy innym razem.