„Po prostu do jednego wora z nimi (lemingami) wrzucono całe chmary zupełnie innych zwierzątek futerkowych, sympatyczniejszych, przemyślniejszych i skłonnych do refleksji, lecz zbliżonych do lemingów przez wielkomiejski tryb życia.” Tymi słowami Robert Mazurek – autor prześmiewczego „Alfabetu Leminga” stara się zakopać wojenny topór w najnowszym numerze tygodnika „W Sieci”.
REKLAMA
Czy po niespełna roku od słynnego artykułu, który wywołał falę dyskusji i masę niewybrednych żartów słowa autora brzmią autentycznie?
Moment w którym ukazał się tekst nie jest przypadkowy. Nowa koalicja na lewicy, napięta sytuacja wewnątrz partii rządzącej oraz nie najlepsza sytuacja gospodarcza to idealny moment na ofensywę prawicy. „Oni (PiS) wiedzą, że bez tej grupy (lemingi) wyborów wygrać się nie da” stwierdza otwarcie w swoim tekście Mazurek. „Irytujący styl prawicowych mediów, to urocze pomieszanie patosu, legendarnego braku dystansu do siebie oraz drewnianej poetyki, sprawiało, że na widok prawicowej gazety czy prawicowego polityka każdy miał ochotę przejść na drugą stronę ulicy” – grzmi na swoich kolegów autor.
Czy tekst ma za zadanie otwarcie traktować o tym jakich PR’owych zabiegów powinna trzymać się prawica, aby pozyskać nieprzychylnych dotąd wyborców? Wygląda to dość abstrakcyjnie. Popularny publicysta, znany z ciętego języka, który uruchomił lawinę szyderstw i kpin przed rokiem, dzieląc obywateli na bezmyślne lemingi i stojące do nich w opozycji, zdolne do refleksji mohery teraz sugeruje, aby starać się o przychylność obśmianej grupy.
„Teraz potrzeba dużej delikatności i dyplomacji, by ową resztę do siebie przekonać” – kontynuuje swoje przemyślenia autor. Tą „resztą” opisuje cytat we wstępie. Tym samym mamy już nie tylko dotychczasowy podział na mohery i lemingi, ale dochodzi nowa grupa – czyli lepsze i bardziej rozumne istoty lemingopodobne. Całość wydaje się niezwykle sztuczna w kontekście politycznym, kiedy te słowa padają („Starzy politycy (Kwaśniewski) chcą im zakładać całkiem nowe partie).
Potrzeba było prawie roku dziennikarzom Niepokornym, aby dojść do wniosku, iż stygmatyzacja i dzielenie społeczeństwa jest na dłuższą metę nieopłacalne. Jednak w dalszej części swojego artykułu autor wraca do dawnej retoryki. „Świat lemingów to świat naczyń zupełnie niepołączonych”, „widzi drzewa, a nie widzi lasu”, „bezmyślny konsument mainstreamowych papek”.
Pogardliwe określanie bywalców restauracji przy placu Zbawiciela „warszawką” z kąśliwym „elita finansowa młodych, wykształconych z wielkich miast, prawdziwy creme de la creme lemingów” bynajmniej nie pomaga zbliżeniu obu grup. Wręcz przeciwnie. Starą metodą znalezienia wroga wewnątrz „własnej” grupy ma za zadanie doprowadzić do kolejnego podziału obywateli na lepszych i gorszych. Z korzyścią dla tych, którzy się tymi słabszymi zajmą.
„Lemingi Biednieją”, czyli tytuł przewodni poniedziałkowego wydania „W Sieci” ma w istocie nie za zadanie pochylić się nad problemami młodych Polaków, ale pozyskać czytelników spoza swojej grupy docelowej oraz polityczny kapitał dla sprzymierzonej partii.
Cóż, karkołomny zabieg nie ma dobrych rokowań. Nikłe szanse, aby ci, którzy byli obiektem żartów, nagle zapałali miłością do ich autorów. W szczególności kiedy pozostają te same metody – dziel i rządź !
