
Gdy coś tak oczywistego, jak odpowiedzialność za własne słowa staje się wartością abstrakcyjną, to nie wróży niczego dobrego. Dziennikarze, którzy żądają protekcji od swojego byłego wydawcy stają się niewiarygodni.
REKLAMA
Bardziej niż spotkanie liderów Europy+ zaciekawił mnie wczoraj istny potop wiadomości i komentarzy po decyzji właściciela „Rzeczpospolitej” Grzegorza Hajdarowicza, które zalewały Twitter i zaśmiecały mój telefon. Co sprawiło, że zachowanie z pozoru oczywiste, na tyle wstrząsnęło Niepokornymi, że schowali swoje urazy do kapeluszy i solidarnie zaczęli słać gromy na ich byłego pracodawcę?
Dla tych, którzy nie są w temacie – Grzegorz Hajdarowicz odebrał ochronę prawną swoim byłym pracownikom. Nic w tej wiadomości nie powinno dziwić. Skoro ktoś odszedł lub został wydalony z firmy, nie ma prawa oczekiwać od swojego byłego szefa, aby świecił za niego oczami i ponosił koszty ewentualnych procesów wytoczonych swoim byłym podwładnym.
Niemniej świadomość tego, że protekcja ze strony znienawidzonego i opluwanego szefa znika wywołała taką panikę, jakiej chyba nikt się nie spodziewał. Oczywiście machina quasi-prawicowej stadnej solidarności ruszyła jak z bicza strzelił. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w składzie – prezes oraz dwoje wiceprezesów (europoseł PiS i córka ex-senatora z tego samego ugrupowania), wystosowali apel do „wszystkich wydawców o wpłynięcie na spółkę Gremi Media”. Czyli moralny szantaż czy coś dalej posuniętego?
Nawet byli koledzy, niedawno szydzący z kwestii oszczędności na papierze u konkurencji, nagle potępiają tę decyzję. Uchodzący za wzór dziennikarskiej rzetelności i wszelkich cnót, nagle oczekują prawnej pomocy od obiektu ich niekończących się żartów oraz jednego z największych wrogów. To wzbudza pytania o ich dotychczasową pracę. Jeśli mają przysłowiowe „czyste ręce” to przecież nie muszą się niczego obawiać. Taka pomoc jest im niepotrzebna.
Jedynym w miarę neutralnym wytłumaczeniem byłaby kwestia opłacania kosztów procesów. Tu rodzą się dwie niewygodne kwestie. Pierwsza to skąd w ogóle te procesy, skoro wszystko co dotychczas pisali było prawdą. Druga to taka, że żądanie pieniędzy od tej osoby, po wszystkich wzniosłych słowach, deklaracjach i „niepokornych” postawach, stawia ich w dość komicznej sytuacji.
Dziennikarz nie jest żadnym „nadczłowiekiem” i musi za swoje słowa odpowiadać tak samo jak każdy inny obywatel. Cała sytuacja stawia w złym świetle byłych pracowników „Rzeczpospolitej”. Przez sympatię do niektórych mam nadzieję, że powiedzenie „na złodzieju czapka gore” nie będzie tu miało zastosowania.
