Diagnoza bez recepty – tak można podsumować program wyborczy Jarosława Kaczyńskiego. Ten sam opis pasuje do wspierających go publicystów, którzy badają problemy kraju lecz nie przedstawiają realnych lub żadnych ich rozwiązań.
REKLAMA
Jedynymi wyborami, na których zależy opozycji są te do Europarlamentu. W ich wyniku dostają kilkuletnie wakacje, dobrą pensję i niemal zerowy zakres obowiązków. Inaczej sprawa wygląda w wypadku wyborów samorządowych i parlamentarnych. Ktokolwiek je wygrywa zmuszony jest do wzięcia odpowiedzialności za państwo.
Wbrew głosom większości dziennikarzy i publicystów partii Jarosława Kaczyńskiego opłaca się trwać w opozycji. Mimo iż oznacza to okrojony dostęp do prestiżowych stanowisk, a co za tym idzie pieniędzy, politycy otrzymują stałą pensję i czują się zwolnieni z odpowiedzialności za stan państwa. Jest to dla nich wymarzona sytuacja.
Projekt rządu technicznego zakończył się niepowodzeniem, niemniej był przez pewien okres w centrum zainteresowania. Oferowane rozwiązania były utopijne jednak najważniejszym jego aspektem była diagnoza stanu państwa. Polacy uwielbiający krytykować szybko więc go podłapali i stąd zaciekawienie jemu towarzyszące.
Jednak niekończące się przesuwanie w czasie decyzji o wotum nieufności doprowadziło do znudzeniem obywateli i zakończyło mizernym efektem. Możliwe, że politycy przerażeni początkową aprobatą zdali sobie sprawę, iż ewentualny sukces oznaczałby wzięcie odpowiedzialności za naprawę państwa a takiego scenariusza nie przewidywali lub wiązałby się on z nieprzyjemnymi dla nich skutkami w postaci oszczędności.
Teoria sabotażu jest dość popularna w kuluarach. Stworzony na przestrzeni ostatnich lat biurokratyczny moloch z rozbudowanym sektorem administracji publicznej jest tylko marzeniem dla polityków normalnych państw. Wystarczy spojrzeć na klasyczny przykład wypromowany przez Kazika, Warszawy z jej 469 radnymi pobierającymi co miesiąc pokaźne pensje, w stosunku do Los Angeles – dwa razy większe miasto a radnych około 15.
Nawet biorąc pod uwagę mniej uprzywilejowaną pozycję opozycji przy podziale tego tortu wychodzi to dla niej opłacalnie. Tym bardziej gdy media patrzą jej uważnie na ręce i ewentualna afera zakończyłaby się zesłaniem jej w niebyt. Rafał Ziemkiewicz wypromował termin „przesunięcia wajchy”. Jej przykładem może być zmiana stosunku dziennikarzy do SLD na bardziej niż kiedykolwiek krytyczny w trakcie afery Rywina.
W poniedziałkowym „Do Rzeczy” redaktor Ziemkiewicz opublikował tekst, który mimo bardzo dobrej diagnozy pozostawia czytelników w pewnym niedosycie. To prawda, że ludzie znudzeni i zniesmaczeni władzą odwracają się ku Kaczyńskiemu. To prawda, że taka sytuacja jest na rękę Rosji, której zależy na panującym nad Wisłą chaosie. Analiza postkolonialnego charakteru Polaków to również prawda.
Jednak w całym tekście zabrakło jednego - propozycji rozwiązania tej sytuacji. Być może były rzecznik UPR wolał nie wyskakiwać z opcją numer trzy gdyż zraziłby tym sobie pisowskich czytelników. Niemniej opcja taka jest w tej sytuacji potrzebna. Ewentualna wygrana PiS w wyborach to kilka lat chaosu. Żadna z obecnych partii prócz (może) PSL nie weszłaby z nimi w koalicję.
Rządy mniejszościowe nie wchodzą w grę. Możliwe, że w takiej sytuacji kierowanie państwem powierzone zostałoby Platformie, która zawiązałaby koalicje wszystkich partii opozycyjnych. Wierzącym w powyborczy rozłam w PO wystarczy przypomnieć jaki los czekał za niesubordynację Andrzeja Czumę – dalekie, „niebiorące” miejsce na liście wyborczej. Nikt go nie wyrzucił, ba dostał miejsce na liście. Tyle, że karne.
Nawet zakładając najbardziej abstrakcyjny scenariusz, że PiS zawiązałby koalicję z PSL i kilkoma ludźmi Grzegorza Schetyny (oraz Jarosława Gowina jeśli ten dostanie jakimś cudem „biorące” miejsce na liście) i uzyska większość to nic z perspektywy obywatela nie zmieni. Zbyt wiele różnych powiązań z każdej ze stron istnieje by realnie rozmawiać o jakichkolwiek cięciach, ograniczeniu biurokracji i redukcji administracji.
Powyższe przyczyny przekreślają też możliwość redukcji podatków. Przecież ktoś „nas” musi utrzymać. Rozwiązaniem może być wyniszczony SLD, Europa+ a nawet coś nowego na prawej stronie. Z ekonomicznego punktu widzenia partia Leszka Millera daleka jest od lewicy co jest pewnym pozytywem. Co najważniejsze - każda z trzech opcji jest w sytuacji gdzie „nie ma nic do stracenia”.
Oznacza to, że SLD, który utracił w wyniku afery Rywina wszystkie przywileje i konotacje polityczno-biznesowe na rzecz Platformy, Europa+ składająca się z RP i ex-SLD oraz „Coś” z prawej strony (prawdopodobnie Nowa Prawica z Korwinem lub Narodowcy etc.) mogą sobie pozwolić na radykalne ruchy, jakimi byłaby redukcja biurokracji oraz podatków.
Istnieje oczywiście jak zawsze zagrożenie, że w zamian za poparcie i promocję mogą złożyć niewygodne obietnice, które oznaczać będą ciepłe posady dla swoich ludzi. Gdy jednak porównamy sobie skalę siatki zależności tych opcji z siecią przyjacielskich stosunków oraz powiązań oplatającą PO i PiS ze wszystkimi ich dziennikarzami, firmami itd., to wypadają nieporównanie lepiej.
Najważniejszym czynnikiem jest frekwencja wyborcza. Gdy uświadomić sobie, że w wyborach bierze udział raptem połowa obywateli posiadających prawo wyborcze to wszystkie wyniki powinniśmy dzielić na pół. W ten sposób poparcie dla dwóch głównych partii to mniej więcej po 15%.
Socjalizm pod szyldem PiS lub biurokracja i chaotyczny bezład PO to nie jest atrakcyjny wybór. Te 50% obywateli nie pójdzie na wybory bez atrakcyjnego kandydata lub bez porządnego kopa w postaci przysłowiowej „pustej michy”. Dla Polaków lepsza byłaby opcja pierwsza – czyli atrakcyjnej alternatywy niż kolejne wybory zakończone polityczno-ekonomiczną stagnacją.
