Całkowity brak szacunku dla słuchaczy jest dzisiaj normą wśród uczestników radiowych audycji. Poranne programy publicystyczne zaczynają przypominać awantury pawianów w warszawskim ZOO.

REKLAMA
Bydło – to słowo idealnie opisuje styl jaki od kilku lat zaczyna panować w audycjach radiowych. Istotą problemu nie jest nawet to, że uczestnicy debat naginają fakty i szczują wzajemnie słuchaczy. Nie jest najważniejsze to, że byle powiatowy kmiotek karci kogoś za poglądy i własne zdanie. Nie jest też to, że oderwani od rzeczywistości posłowie i europosłowie wybierani kluczem MBAW (Mierny, Bierny ale Wierny) wypowiadają się na tematy, o których nie mają żadnego pojęcia.
Istotą problemu jest to co dzieje się w studiu. Na widok mikrofonu goście dostają istnego szału. Przekrzykiwanie się, krzyczenie na całe pomieszczenie do osoby siedzącej tuż obok to tylko początek dramatu. Słuchacz nie jest w stanie zrozumieć sensu pytania i wyrażanej opinii żadnego uczestnika rozmowy, ponieważ po pierwszych dwóch wypowiedzianych słowach dwa inne pawiany zaczynają się przekrzykiwać i sypać przypadkowo ułożonym ciągiem wyrazów.
Jakim trzeba być prostakiem aby wysmarkać nos przed mikrofonem ? Do tego dochodzi ordynarne siorbanie napojów, kasłanie wprost do przekaźnika, czkanie i inne tego typu zachowania, które przypominają styl uprawiany przez lumpów z Dworca Centralnego. Takiego zdziczenia w świecie mediów próżno jest szukać gdziekolwiek poza audycjami radiowymi.
Czy wynika to z faktu, iż w radiu nie ma kamer bezpośrednio nadających przekazu wizualnego ? Przecież większość tych audycji jest rejestrowana a następnie publikowana chociażby w Internecie na stronach stacji. Przerywanie komukolwiek a w szczególności prowadzącej to już szczyt chamstwa, które goście przynoszą ze sobą do studia.
Jeśli tak wielki problem sprawia niektórym picie herbaty bez żenującego siorbania to prosiłbym redaktor Monikę Olejnik o poczęstunek dla gości przed lub po programie. Natomiast awanturników i krzykaczy wyrzucać za drzwi. Jeśli ktoś jest przeziębiony to niech nie idzie do studia obrzydzać śniadanie słuchaczom, nieustannym smarkaniem i kasłaniem.
W najnowszym „Strasznym Filmie” jedna scena doskonale opisuje zachowanie polityków w programach publicystycznych. Terry Crews oprowadzając po laboratorium pokazuje pomieszczenie z małpami stwierdzając dumnie, iż wprawdzie ich głównym zajęciem nadal jest rzucanie odchodami ale nauczyły się już zliczać trafienia.