Lata selekcji politycznej w myśl zasady promowania najbardziej niesamodzielnych ale posłusznych ludzi, doprowadziły do stanu gdzie prawica nie posiada praktycznie żadnej reprezentacji.

REKLAMA
Nie nazywajmy szamba perfumerią – jak stwierdził niegdyś pewien biznesmen z Torunia. Prawa strona dyskursu politycznego nie ma dziś godnej reprezentacji. Z wspomnianą wypowiedzią Tadeusza Rydzyka wiąże się zresztą ciekawa reakcja, doskonale ukazująca jak żenująco bezsilni są politycy.
Gdy dyrektor prywatnego radia rzucił w stronę prezydentowej inwektywy, przyrównując ją do czarownicy, nikt w obozie Kaczyńskiego nie miał odwagi go za to skarcić. Był to pierwszy tak poważny sygnał, że coś tu nie gra. Skąd taka pokora przed Ojcem Dyrektorem i zezwolenie by pluł im w twarz gdy tylko ma na to ochotę ?
Politycy PiS są całkowicie podporządkowani prezesowi i jego mocodawcom oraz pomocnikom. Nie odważą się stanowczo zająć stanowiska, które kłóciłoby się z interesem szefa. Lata rekrutacji miernot i wsiowych głupków doprowadziły do sytuacji gdzie Kaczyński nie ma już nawet komu powierzać zadań tylko tworzy organy zewnętrzne – jak rząd techniczny.
Wycięcie lub odejście z partii w miarę kompetentnych ludzi dokończyło dzieła. Ostatnią osobą, która miała (jak stwierdziła pewna znana socjolog) przysłowiowe „jaja” była Zyta Gilowska. Dziś pani profesor jest poza bieżącą polityką a wspomniana socjolog wypomina Kaczyńskiemu, że otoczył się nieudacznikami.
Agent Tomek, którego specjalizacją stało się podrywanie kobiet przed (a biorąc pod uwagę przebieg kampanii wyborczej to także i sporo po) pięćdziesiątce dziś zdziwiony jest wyrokiem na byłą posłankę. Wyroku nie warto komentować. Wystarczy, że linią obrony było kilka lat płakania jak to agent rozkochał w sobie Beatę Sawicką a ta dla niego chciała zrobić wszystko. Ot cała skrupulatnie przemyślania akcja wzięła w łeb.
Członkowie partii prezesa w większości zabrnęli tak daleko, że dziś nie są w stanie stworzyć samodzielnych podmiotów politycznych. Historia PJN a dziś SP są tego idealnym przykładem. Jacek Kurski choćby obwiesił się banerami z logiem nowej partii i w co drugim zdaniu przypominał jej nazwę (co poniekąd robi) zawsze będzie kojarzony z PiSem.
Przypadek Kurskiego, który w noc głosowania nad odwołaniem rządu Kaczyńskiego został dosłownie wdeptany w ziemię przez Giertycha to jednak zły przykład. Los pozostałych frontmanów PiSu jak Pawła Kowala oraz Marka Migalskiego pokazuje, że jeśli ktoś zabrnął tak daleko w promowaniu dotychczasowej partii i nie ma własnej marki, kończy marnie.
Ta sama niemoc ogarnia również Platformę. Jarosław Gowin, który najpierw został przez media wykreowany a później odwołany nie ma odwagi postawić się silniejszym od siebie. Dziś podlizuje się do niego całe medialne zaplecze partii Kaczyńskiego wiedząc, że wystarczy aby on i jego trzej sprzymierzeńcy odeszli by koalicja się rozsypała.
Gowin nie ma jednak odwagi by to zrobić. To nie jest przypadek Janusza Palikota, który pod szyldem Platformy prawie nigdy nie funkcjonował, skupiając się na kreowaniu własnej marki, występując publicznie jedynie jako lider Komisji Przyjaznego Państwa. Z prawej strony takiej postaci po prostu nie ma.
Zbigniew Girzyński gdy się wychylił został spacyfikowany a Przemysław Wipler, którego prezes wyciągnął z niebytu UPR za bardzo się boi zaryzykować. Swoim niedawnym wywiadem jedynie zbadał teren. Nacisk ze strony prawicowych dziennikarzy szybko go jednak uświadomił, że z ich strony może liczyć jedynie na ostrą reprymendę.
Dochodząc do dziennikarzy też mamy obraz rozpaczy. Od czasu upadku starego „Wprost” wszystkie jego klony okazały się cnotliwymi i zachowawczymi gazetkami dla partyjnego betonu. Kac po „Wprost” jest tym większy, że dziennikarze, którzy nazywają się „Niepokornymi” są dziś najbardziej uległymi w stosunku do prezesa i kasy.
Palikotowy substytut prawicy – czyli Janusz Korwin-Mikke mimo świetnej erudycji, logicznych pomysłów na rządzenie oraz aprobaty konserwatystów i liberałów jest nieobliczalny. Swoimi anegdotami o tym, że facet bez nóg powinien zdobywać biegun bo mu nogi nie odmarzną lub dumnymi wywodami, że za Hitlera były trzykrotnie niższe podatki, odstrasza wyborców.
Eunuchy u sterów – tak można podsumować sytuację na prawicy. Oprócz stękaniem o Smoleńsku politycy nie mają nic konkretnego do zaoferowania. Z drugiej strony to tragiczna wiadomość dla obywateli skazanych na tak beznadziejny wybór między partią skupiającą największą ilość miernot i tchórzy a szefem Nowej Prawicy.
W Rzymie nie dziwi, że parlamentarzyści dosłownie leją się na posiedzeniach. W Izbie Gmin słowne potyczki i zażarte dyskusje to standard. Na Wiejskiej natomiast mamy grupę czekającą na rozkazy prezesa, który najpierw sprawdza czy nie kłócą się one z interesem Ojca Dyrektora.
Gdyby wszyscy wyborcy byli kobietami mogliby spokojnie zadedykować takiej ekipie pewien stary utwór: