Tylko rok dzieli nas od wyborów samorządowych. Przygotowanie głównych partii politycznych do kampanii, która rozpocznie się za sześć miesięcy jest zerowe.

REKLAMA
Wybory samorządowe, które z punktu widzenia obywatela są istotniejsze od parlamentarnych, nie cieszą się w Polsce dużym zainteresowaniem. Frekwencja w 2010 nie przekroczyła 50%. W przyszłym roku ta sytuacja może ulec znacznej poprawie. Beneficjentami bynajmniej nie będą politycy głównych partii politycznych.
Przykład Warszawy, ale także mniejszych ośrodków pokazuje, że coraz większym poparciem cieszą się komitety lokalne. Ta tendencja jest niezwykle niekorzystna dla wszystkich partii, które muszą iść z „lokalnymi” na ustępstwa i ugody. Zawiązywanie koalicji z takim partnerem wygląda zupełnie inaczej niż w przypadku zwykłych partyjnych pionków.
Politycy cieszący się marną reputacją w przypadku jakiegokolwiek sporu z koalicjantem mającym poparcie społeczeństwa, nie będącym kojarzonym z żadnym ugrupowaniem, zawsze są na straconej pozycji. Wystarczy sprawdzić, jak wyglądają spory w zachodnich dzielnicach stolicy i kto tam dyktuje warunki.
Dwa czynniki są dla polityków zabójcze. Pierwszym jest świadomość wyborcy, który głosuje na kandydata, a nie z automatu na partię. Drugi to niezadowolenie społeczne, które zawsze skierowane jest przeciwko politykom. W skali makro – czyli wyborach parlamentarnych – dominuje ten drugi czynnik. Jego efektem jest głosowanie przeciwko komuś, a nie za kimś.
Ten mechanizm zapewnił wysokie poparcie partii Janusza Palikota, którego lider miał wyrobioną własną markę i nie kojarzył się bezpośrednio z poprzednim ugrupowaniem. Identycznie sprawa wygląda w skali mikro, gdzie wyborcy karcą polityków głosując na kogokolwiek – byle nie była to osoba ze świata wielkiej polityki.
Problemem, który już dzisiaj nie daje spać partyjnym działaczom, jest brak zmienników i atrakcyjnych kandydatów. W przypadku PO - Hanna Gronkiewicz-Waltz jest dziś postrzegana wyjątkowo negatywnie za podnoszenie podatków, jednak jej partią na przestrzeni ostatnich lat nie przygotowała dla niej alternatywy wewnętrznej.
Operacja wymiany „pierwszego sekretarza” (jak miało to miejsce w PRL) jest dla dzisiejszych partii niewykonalna. W Platformie oprócz pani prezydent nie ma kandydata z wyrobioną marką by mógł ją zastąpić, utrzymać wiarygodność oraz poparcie. Sytuacja PiS jest jeszcze gorsza, gdyż po wycięciu wszystkich, którzy nie podporządkowali się prezesowi z jej szeregów uderza zatrważająca pustka. Ten sam błąd popełnił Leszek Miller w stosunku do popularnego Ryszarda Kalisza.
Już w poprzednich wyborach partia Jarosława Kaczyńskiego musiała sięgnąć po kandydata zewnętrznego – Czesława Bieleckiego. Jednak ten fortel całkowicie nie wypalił, co udowodniło druzgoczące zwycięstwo dotychczasowej prezydent nad kandydatem prezesa. Mobilizacja w Rybniku i niewielka przewaga powszechnie znanego Bolesława Piechy były tylko przedsmakiem zbliżających się wyborów.
Wracając do kwestii świadomego wyborcy – porównując dostęp do informacji w stosunku do lat poprzednich nastąpił olbrzymi progres. Dziś Internet umożliwia przepływ wiadomości, które mogą niewyobrażalnie zaszkodzić lub pomóc poszczególnym kandydatom. Coraz większa liczba jego użytkowników nie tylko sprawia, że media klasyczne przeżywają kryzys ale również prowadzi do silnego kreowania gustów u wyborców.
Ci sami ludzie, którzy wcześniej głosowali na Janusza Palikota na złość innym, kilka miesięcy później w trakcie protestów związanych z projektem ustawy ACTA nie byli zachwyceni jego obecnością wśród demonstrantów. Można pokusić się o tezę, że gdyby świadomość wyborców i przepływ informacji był w 2006 równie wysoki jak dziś, przypadek Krzysztofa Kononowicza mógł się zakończyć większym sukcesem niż tylko szóste miejsce i kariera w sieci.
Głosujący przeciw politykom (ewentualnie na „mniejsze zło") nie przepuszczą okazji by wyrazić swoją dezaprobatę. Nawet gdyby mieli zagłosować na grubszego pana w tureckim swetrze.