Zapowiadana na dziś debata o niezależności mediów organizowana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i prawicowych publicystów to jedna wielka hucpa. Natomiast to w jaki sposób redaktor Ziemkiewicz i reszta osób zgromadzonych w klubie Ronina zareagowała na moje pytanie to przykład zwykłego chamstwa.
REKLAMA
W poniedziałkowy wieczór poprzedzający debatę współorganizowaną przez (teoretycznie) neutralne i obiektywne Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, odbyło się spotkanie Ziemkiewiczowskiego Klubu Ronina w Domu Dziennikarza, przy ulicy Foksal. Postanowiłem osobiście spytać się dlaczego na debatę o niezależności mediów nie zostali zaproszeni przedstawiciele innych redakcji niż te sympatyzujące z Jarosławem Kaczyńskim.
Po tak zwanym „Przeglądzie Tygodnia” głos został przekazany publiczności, która mogła zadawać pytania. Oprócz pochwał i teorii spiskowych związanych z katastrofą smoleńską padło moje pytanie o kluczu doboru dziennikarzy w debacie. Na wstępie poprosiłem aby nie używać retoryki prawica i lewica gdyż podział ten jest sztuczny, fałszywy.
Pytanie dlaczego nie zostali zaproszeni przedstawiciele np. „Newsweeka”, „Uważam Rze” lub portalu NaTemat wywołały wśród niektórych słuchaczy reakcję (najdelikatniej to ujmując) skrajnie mi nie przychylne. Po tym gdy sala się uspokoiła na tyle bym mógł kontynuować, podałem kilka faktów, które już kompletnie wybiły z równowagi panelistów.
Jako przesłankę o niezależności dziennikarskiej podałem kwestie finansowe. Zestawiłem wczorajszy „Newsweek”, w którym jest około 20 reklam zewnętrznych z „Sieci”, które ma takich raptem kilka. Przypomniałem biorącemu udział w panelu Michałowi Karnowskiemu, że kilka miesięcy temu zapewniał mnie, iż potrzeba pół roku by tytuł zyskał markę oraz grono reklamodawców. Pół roku minęło a tak się nie stało.
Następnie podałem dane związane z spadkami sprzedaży, które ostatecznie wywołały furię. Redaktor Karnowski poprzestał na zapewnieniach, że wszystko u nich jest w porządku a już niedługo otwierają kolejny prawicowy portal. Gorzej zniósł to Rafał Ziemkiewicz, który najpierw zaczął zwymyślać inne media od rządowych parówek a skończywszy na stwierdzeniu, że te redakcje się go po prostu boją a on może je rozłożyć na łopatki (używając nieco mocniejszych słów połączonych z wycieczkami personalnymi).
Jednak najbardziej dobitne podsumował całą awanturę prowadzący, który stwierdził, że to on decyduje kto jest niezależny. Ciągle obrażeni redaktorzy rzucili w moją stronę, że lewica chce wejść na salony. Nagranie z tego cyrku poniżej (Pytania od 45 minuty):
Jakim cudem pytanie o niezaproszenie mediów innych niż te związane z partią Jarosława Kaczyńskiego i jej sympatyków wywołało takie zamieszanie ? Połączenie inwektyw, krzyków, pustego rechotu oraz stwierdzenie, że o niezależności decyduje jedna osoba mówią same za siebie. Nieliczne osoby zachowały się przyzwoicie już po spotkaniu. Inne zaczęły opowiadać historyjki, że Tomasz Lis pracuje dla Mosadu i powinienem wyrzucić jego gazetę do kosza (miałem przy sobie egzemplarz podczas liczenia reklam – w tym wypadku ryzyko równe przyjściu w koszulce TVN na spotkanie „Solidarnych 2010”).
Jakim cudem pytanie o niezaproszenie mediów innych niż te związane z partią Jarosława Kaczyńskiego i jej sympatyków wywołało takie zamieszanie ? Połączenie inwektyw, krzyków, pustego rechotu oraz stwierdzenie, że o niezależności decyduje jedna osoba mówią same za siebie. Nieliczne osoby zachowały się przyzwoicie już po spotkaniu. Inne zaczęły opowiadać historyjki, że Tomasz Lis pracuje dla Mosadu i powinienem wyrzucić jego gazetę do kosza (miałem przy sobie egzemplarz podczas liczenia reklam – w tym wypadku ryzyko równe przyjściu w koszulce TVN na spotkanie „Solidarnych 2010”).
Przy takiej ślepej nienawiści, odrzucającej każdą próbę nawiązania dialogu lub wymiany zdań, nie ma mowy o dziennikarstwie. Istnieje jedynie antydziennikarstwo, funkcjonariuszy medialnych, którzy zaatakują z całą siłą każdego kto ma odmienne zdanie. Wszystko pod szyldem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Co do inwektyw pod moim adresem, wyzwisk od „rządowych parówek” i lewicy proszącej o wejście na salony, pozostaje mi klasyk z Juliana Tuwima:
„Na pewnego endeka co na mnie szczeka”:
Próżnoś repliki się spodziewał,
Nie dam ci prztyczka ani klapsa,
Nie powiem nawet: „Pies cię j***ł”,
Bo to mezalians byłby dla psa.
Próżnoś repliki się spodziewał,
Nie dam ci prztyczka ani klapsa,
Nie powiem nawet: „Pies cię j***ł”,
Bo to mezalians byłby dla psa.
