Kolejne sondaże poparcia partii, badania zadowolenia społeczeństwa oraz trend w gloryfikacji przejawów degeneracji wskazują na nieuchronne zmiany, które wszystkim mogą się odbić nieprzyjemną czkawką.

REKLAMA
Swojego czasu w programie Tomasza Lisa miała miejsce zażarta dyskusja pomiędzy Januszem Korwin-Mikke i resztą gości. Falę oburzenia wzbudziła wypowiedź o tym by promować i pokazywać ludzi, którym się w życiu udało etc. a nie przegranych. Oczywiście Korwin jak ma to już w zwyczaju popadł w skrajność, niemniej efekty „promocji” przegranych właśnie stają się widoczne.
W cywilizowanym świecie przez lata panowało przekonanie, że jeśli ktoś osiągnął sukces to zawdzięcza to swojej ciężkiej pracy. Gdy Amerykanin widział, że sąsiad miał nowy samochód to sam starał się zapracować na własny, równie dobry (jak nie lepszy). W krajach zdegenerowanych przez komunizm lub inne formy zniewolenia, analogiczna sytuacja wywołuje jedynie życzenia by ktoś sąsiadowi ten samochód ukradł albo żeby miał wypadek.
Jeśli prześledzić polskie powiedzenia czy dowcipy niemal zawsze sytuują one Polaków w pozycji degeneratów lub szemranych cwaniaków – aczkolwiek lepszych od innych. To samo ma miejsce w mediach. Wystarczy przypomnieć sukces komercyjny „Świata według Kiepskich” – serial, który w założeniu miał piętnować Polaka-degenerata stał się opium dla mas. Stadne myślenie, że „wszyscy babrzą się w tym samym błocie” to choroba rodem z PRL.
W swoim ostatnim okresie „Solidarność” nie cieszyła się tak wielkim poparciem jak jest to dzisiaj przedstawiane. Ludzie zdawali sobie sprawę, że jest to związek, który dąży do własnych celów – otoczka mitologizująca ten ruch nadeszła później. Mnóstwo Polaków naiwnie uwierzyło, że legitymacja „S” i zdjęcie z Wałęsą są biletem do lepszego jutra. Gdy okazało się, że w prywatyzującej się CHZ i innych punktach potrzebują fachowców z doświadczeniem a nie partyjnych kołków – przeżyli szok.
Podział na prawdziwych Polaków i lemingi, na mohery i młodych wykształconych z dużych miast, na ludzi „Solidarności” i komuchów oraz agentów, na swoich i wrogich kształtował się przez lata. Tak jak w zdychającym PRL niewstąpienie do „S” było postrzegane co najmniej „nieprzyjaźnie”, tak dzisiaj każdy kto jest w kontrze do ideologicznego sukcesora tamtego ruchu, automatycznie wpada w worek z napisem „salon”.
Brak umiejętności racjonalnego myślenia i budowana przez wieki mitologizacja Polskości ma katastrofalne skutki. Wpajane od małego bycie narodem „wybranym”, „Chrystusem narodów” czy inne tego typu brednie zabiły w Polakach resztki rozsądku. Dziennikarze, którzy już nawet nie udają obiektywizmu, codziennie agitują do głosowania na swoich protektorów. Zacementowana scena polityczna i jej kuluary doskonale prezentuje nastroje społeczne.
Równo lub więcej jak 50% Polaków nie ma na kogo głosować, po zsumowaniu – około 20% głosuje na tych, którzy udają reprezentantów przegranych, kilkanaście procent na byle kogo. Tak jak Ferdek Kiepski stał się wzorem dla marginesu tak dziś zjawisko patologiczne jakim są „słoiki” staje się ideologizowane a jego pierwotne znaczenie dopasowywane do potrzeb medialnych.
Biedny przyjezdny, który musi oszczędzać na jedzeniu zamiast być przestrogą i mieć potrzebę awansu stał się ikoną stolicy. Zamiast dążyć do wyrwania się z początkowego statusu ma poczucie zadowolenia. Kwestie takie jak niepłacenie podatków w stolicy etc. – tylko nasilają efekt wmawiania społeczeństwu, że trzeba „wydymać” innych.
Właśnie to ostatnie jest najgorszą z chorób PRL, które do dziś tkwią w Polakach. Nie ma to nic wspólnego z neutralnym sprytem czy oryginalnym znaczeniem cwaniaka. Zwykłe ordynarne „dymanie” reszty „bo przecież każdy tak robi”. Przyzwolenie na to prowadzi do pogłębiającej się degeneracji chorego organizmu. Polacy kradną lub prowadzą do okradania innych na potęgę.
Masowe piractwo prowadzące do wyższych cen biletów w kinach, filmów, programów – wszystko tłumaczone cynicznym „nie stać mnie a i tak wszyscy robią to samo”. Równie dobrze można iść okraść sklep z tym samym wytłumaczeniem. Kiwanie podatkowe, które odbija się na uczciwie płacących – „bo mnie nie stać”. I tak bez końca.
Cham i prostak w garniturze za kilka tysięcy jest w środku tym samym prostakiem. Wystarczy przypomnieć historię wicepremiera Andrzeja Leppera. Najgorsza emanacja Ziemkiewiczowskiego „polactwa” i warcholstwa nie tylko cieszyła ogromnym poparciem ale i stała się partnerem w debacie. Facet z wyrokami, który niszczył firmy wysypywaniem zboża itd., uzyskał poklask społeczeństwa.
W Polsce wystarczy udawać, że jest się reprezentantem biedniejszych, słabszych, mniej zaradnych by uzyskać aprobatę tłumu. Mozolne zabiegi mediów przyniosły efekty w postaci sporego poparcia dla zdemoralizowanego absorbcją Samoobrony i LPR PiS. Partia, która ma niewiele wspólnego z tą z 2005 roku, która wielokrotnie została przyłapywana na nieudolnych próbach przekrętów dziś święci triumf. Poparcie dla Platformy również nie napawa optymizmem, o reszcie nie wspominając.
Politycy i dziennikarze, którzy nie różnią się niczym od prostytutek wciąż utrzymują sporą wiarygodność. Wystarczy mówić to co dany odbiorca chce w danym momencie usłyszeć. Starsi odcinają kupony od swoich momentów chwały, młodzi promują się ogrzewając w ich cieniu. Żadnych inicjatyw, żadnej głębszej myśli. Śmieszne hasełka o niepokorności i płynięciu pod prąd gdy w praktyce lecą na przemian w jednym z dwóch głównych nurtów.
Myślenie w kategoriach czarno-białych. Albo Smoleńsk albo salon, albo z nami albo przeciw. Nie ma miejsce na indywidualność czy nawet trzecią drogę. Te 50-kilka procent, które nie ma na kogo głosować, kogo poprzeć, za kim się opowiedzieć przez ponad dwadzieścia lat nie stworzyło niczego. Jest jedynie straszakiem dla dziennikarzy i polityków, pistoletem, który nigdy nie wypalił.
Pozostaje migracja, która skutecznie urosła do rangi zdrady lub co najmniej hańby, wyjściem dla przegranych. Kojarzącym się ze szmatą w Londynie. Co ciekawe nikt już prawie nie pamięta o polonii w Stanach czy Australii, której żyje się dobrze i godnie, którą zasilają bez fleszy aparatów coraz liczniejsze zastępy. Tak jakby świat kończył się na Europie.
Ubolewający nad tą tendencją zapominają o podstawowej zasadzie. Życie jest tylko jedno i warto je wykorzystać by móc pod koniec być zadowolonym. Nie służy tylko do tego aby „przeżyć”. Coś co w związkach nazywa się „docieraniem” zawsze musi mieć swoje granice. Tak samo w skali makro. Jeśli miejsce, w którym żyje mi się źle nie spełnia moich oczekiwań a próby naprawy nic nie przynoszą, to je zmieniam.
Strach przed zmianami, nieznanym oraz byciem zdanym na siebie spajają społeczeństwa. Połączone z aprobatą bylejakości i hasłem „jakoś to będzie” demoralizują człowieka bardziej niż jakiekolwiek używki. Tak jak PRL, który mógł istnieć kilka lat dłużej, tak dzisiejsza III RP z wszystkimi jej chorobami istnieć może jeszcze latami. Sukcesywnie gnijąca rzeczywistość wbrew przekonaniom o zahamowaniu historii w końcu ulegnie.
Wiara w cokolwiek od religii, ludzi, po politykę, struktury partyjne, państwowe, organizacje międzynarodowe, to wszystko jest płynne. W 1939 roku zawiodła Liga Narodów. Dzisiaj ONZ czy Unia Europejska są na dobrej drodze by podzielić los LN i ZSRS. Euforia, radość, przyzwyczajenie, zwyczajność, znudzenie, rozdrażnienie, niezadowolenie, konflikty, rozpad – dotyczą wszystkiego.
W momencie gdy dostęp do wiadomości, nowinek technicznych itd. jest znacznie większy a ich „żywotność” spada, nie dziwi znudzenie i brak przyzwolenia dla niedoskonałości. To samo ma miejsce z ludźmi. Patrząc na wyniki badań nie obserwujemy wzrostu poparcia realnego a jedynie matematyczny wynik spadku aprobaty dla innych.
Ludzie powoli uczą się, że jeśli ktoś nas zawiódł tyle razy przez lata to trzeba odłożyć na bok bajki o docieraniu się i kosmetycznych zmianach. Optymalnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie blokady dla zasiedziałych polityków. Tak jak prezydent rządzi maksymalnie dwie kadencje, tak posłowie i senatorowie mogliby sprawować mandat maksymalnie dwie kadencje. Zmusiłoby to przynajmniej do tworzenia się nowych kadr, które musiałby być bardziej samodzielne niż dzisiejsze „cienie”.
Najważniejszym i najtrudniejszym będzie natomiast zmiana sposobu myślenia zniszczonego społeczeństwa. Tak jak kuracja alkoholików i narkomanów, proces wychodzenia Polaków z mentalności PRL będzie czasochłonny. Nadzieja w tym, że proces wyniszczenia państwa wymusi na nich szybszą i bardziej zdecydowaną reakcję a nie tylko wymianę jednego „dilera” na drugiego, który będzie serwował im ten sam syf ale w innej postaci.