Przeciągający się kryzys ekonomiczny na starym kontynencie odbija się coraz bardziej negatywnie na nastrojach społecznych. Niezadowolenie i desperacja połączona z wciąż niebezpiecznym fanatyzmem religijnym może zakończyć się rozlewem krwi.
REKLAMA
Ostatnie lata pokazały, że sceny, które dotychczas znaliśmy z reportaży o rewolucjach na Bliskim Wschodzie mogą równie dobrze wydarzyć się w Europie. W wyniku strzelaniny, której ofiarą padł niewinny człowiek, Londyn stanął w płomieniach. Niedawno na ulicy brutalnie zaszlachtowano przypadkowego przechodnia. Podobne sytuacje mają miejsce również w innych miejscach.
Szwedzi tracą kontrolę nad miastami, w których władzę przejmują fanatycy religijni. Nie uznają oni prawa ani lokalnych władz. Nieco inna sytuacja ma miejsce w Grecji, którą już od roku pochłania niekończący się chaos. Komentatorzy w Polsce uspakajają mieszkańców, że podobne wydarzenia u nas są mało prawdopodobne. Czy na pewno?
Kryzys wywołał falę bankructw, masowych zwolnień a tym samym zwiększyła się grupa bezrobotnych, którzy nie mają środków do życia lub otrzymują jedynie niskie zasiłki. Te ostatnie są jednocześnie źródłem całego problemu. Przez lata do Unii uciekały miliony ludzi z całego świata, liczących na publiczne świadczenia socjalne. To samo wewnątrz wspólnoty – ludzie z biedniejszych państw uciekali do bogatszych, zapewniających lepszy „socjal”.
Te dwie grupy – bezrobotnych z wyboru oraz bezrobotnych w wyniku następstw kryzysu – europejska wspólnota musi dzisiaj utrzymywać. Pochłania to setki miliardów Euro, marnowanych na „przejedzenie”. Unia stała się zakładnikiem własnej polityki socjalnej, z której dzisiaj nie jest w stanie się wycofać bez następstw rodem z najczarniejszych rewolucyjnych scenariuszy.
Ludzie swojej sytuacji nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć. Coraz więcej sympatyków zyskują partie i ruchy o charakterze narodowego socjalizmu, które obiecują utrzymanie lub nawet zwiększenie świadczeń socjalnych. W swoich działaniach odwołują się do emocji i wartości, które są bliskie obywatelom. Im bardziej zdesperowani ludzie, tym łatwiej jest nimi sterować, nakierowywać ich gniew.
W połączeniu z religią, która jest tylko narzędziem w rękach przywódców fundamentalistów, dochodzimy do sytuacji gdy wszystkie czyny popełniane przez zdesperowanych rewolucjonistów i fanatyków mają swoje usprawiedliwienie natury „duchowej”. Ludzie czują się moralnie niewinni za swoje czyny a wręcz są przekonani, że wypełniają jakąś misję.
Ta sytuacja może mieć różny charakter i objawy w zależności od badanego przypadku (kraju). W Norwegii, która nie należy do Unii, grupki narodowców są wrogo nastawione do wszystkich przyjezdnych. W Szwecji i Brytanii fanatycy religijni stają się zagrożeniem dla bezpieczeństwa wewnętrznego tych państw.
W Polsce obserwujemy model zbliżony do Norweskiego. Niektórzy narodowcy są agresywni dla przyjezdnych, którzy „kradną im pracę” (mimo, iż sami by się na nią nie zdecydowali). Wspierani przez siły polityczne aspirujące do przejęcia władzy stają się niebezpieczni nawet dla innych mieszkańców. Stworzenie wrażenia, że w Polsce są dwa „plemiona”, dwie wrogie frakcje umożliwia politykom kierowanie gniewu przeciw współobywatelom.
Wrogiem dla skrajnych narodowców i współdziałających z nimi agresywnych kiboli, dla których liczy się tylko bezmyślna walka, staje się państwo – jego organy i przedstawiciele. Stają się nim również ludzie, którzy są z wrogim obozem politycznym (w świadomości tej siły) kojarzeni. Wrogami są też osoby postronne, które nie są zdeklarowane – w myśl zasady „kto nie z nami – ten przeciwko nam”.
Ta sukcesywnie rosnąca siła czuje wsparcie opiniotwórczych ośrodków. Skrajni narodowcy czują się usprawiedliwieni ze wszystkich swoich akcji gdy widzą w swoich szeregach znanych dziennikarzy a poparcie (czy też „przychylną obojętność”) udzielają im inni ludzie mediów, politycy wykreowani na patriotów – czyli występujących w interesie narodu (czytaj: tych właśnie narodowców i ich sojuszników) oraz hierarchowie kościoła, który wciąż jest potężną siłą polityczną w kraju.
Dotychczas skrajne środowiska ograniczały się do okrzyków i transparentów z hasłami i „wierszykami” („raz sierpem, raz młotem…”, „a na drzewach zamiast liści…” etc.). Coraz częściej jednak słowa przekształcają się w czyny. Strajki, które zwykle kończyły się na jednodniowych protestach, teraz mogą nabrać zupełnie inny wymiar. Czy Warszawę czeka los Londynu?
Najniebezpieczniejsze jest to, że politycy aspirujący i współdziałający z nimi dziennikarze dają tej rosnącej sile przyzwolenie aby swoje hasła wprowadziła w życie. Podsycający agresję i nienawiść mogą jednak szybko się przekonać, że po krwawym zwycięstwie nie będą mieli już kim rządzić a przecież gniew ludu może szybko obrócić się przeciwko nowej władzy.
