
Rzecznik Prawa i Sprawiedliwości w trakcie nocy wyborczej chciał zablokować opublikowanie materiału w publicznej telewizji. Czy próba zastosowania cenzury prewencyjnej to zapowiedź powrotu IV Rzeczpospolitej?
REKLAMA
Gdy wydawało się, że w niedzielny wieczór nie będzie bardziej bulwersującej informacji od zdymisjonowania księdza Wojciecha Lemańskiego, Adam Hofman z PiS pobił na głowę wszystkie możliwe rekordy.
Tuż po zamknięciu lokali wyborczych miał zostać opublikowany sondaż przygotowany dla telewizji polskiej. Nie mógł on mieć najmniejszego wpływu na wynik wyborów, ponieważ w momencie opublikowania ludzie nie mogli już oddawać ważnych głosów. Jednak firma, która ów sondaż przygotowała najwyraźniej nie wzbudziła sympatii polityka PiS, który wystosował list do prezesa TVP Juliusza Brauna w celu zatrzymania tego materiału przed emisją.
Tekst luźno przechodzi od oburzenia do groźby czy wręcz czegoś z pogranicza szantażu. Czytamy w nim: „Mam nadzieję, że TVP nie zdecyduje się na publikację badania, które nie tylko naraża stację na kompromitację, ale również na kroki prawne”. Ten fragment może być odczytany jako próba zastraszenia dziennikarzy, którzy chcieli materiał ów wyemitować.
W dalszej części poseł PiS sugeruje jakoby kampania wyborcza w Elblągu była prowadzona w sposób nieuczciwy. Hofman stosuje też wobec dziennikarzy szantaż moralny i stwierdza, że publikacja tego sondażu, automatycznie zakwalifikuje ich do grona osób, które według niego stosowały „brudne chwyty” w trakcie kampanii.
Rzecznik PiS prawdopodobnie chciałby ponownego obsadzenia telewizji publicznej przez tak zwanych „Niepokornych”, którzy bardzo chętnie przyjmują pieniądze od partyjnych kolegów. Wystarczy przypomnieć sposób obsadzania zarządu TVP po zwycięskich dla PiS wyborach. Dziś pracujący, w często nierentownych redakcjach, „Niepokorni” już zacierają ręce na samą myśl o wyborczym sukcesie swojej ukochanej partii.
List o takiej treści wyraźnie wskazuje, że idealnym modelem państwa Jarosława Kaczyńskiego jest centralne sterowanie wszystkimi instytucjami i mediami publicznymi. Zagraża ono niezależności dziennikarskiej i prowadzi do sukcesywnego powrotu znanej z PRL cenzury prewencyjnej.
