Czy ilość podpisów w sprawie warszawskiego referendum jest wystarczająca dowiemy się niebawem. Zastanawiająca jest natomiast postawa burmistrza Ursynowa, który już dziś zaczyna szukać protekcji w mediach.
REKLAMA
Referendum w sprawie odwołania urzędującej prezydent Warszawy na tle Rybnika i Elbląga jest wydarzeniem godnym uwagi wszystkich sił politycznych. Patrząc z perspektywy lokalnej wolałbym w pierwszej kolejności odwołać burmistrza dzielnicy Włochy za to, że od lat odcinek Dźwigowa – Łopuszańska kradnie mieszkańcom Bemowa, Mokotowa i Włoch nawet do godziny z ich życia. Jednak nie o kuriozach tej dzielnicy dzisiaj mowa.
Inicjator referendum – Piotr Guział znany jest warszawiakom od dawna. Bohater lokalnych gazetek i stołecznych wydań Super Expressu etc. dał się poznać jako lubiący ostrą zabawę radny. Jazda bez prawka czy problemy z komornikiem to tylko niektóre historie z jego życia. Można stwierdzić, że burmistrz sypialnianej dzielnicy to taki lokalny Lepper.
Ponieważ historia lubi się powtarzać, „lokalny Lepper” znalazł koalicjanta nie w kim innym ale w radnych Prawa i Sprawiedliwości. Po serii problemów z prawem, dziś to za jego pośrednictwem główna partia opozycyjna chce odwołać prezydent miasta. Pokaz siły demokracji jest jak najbardziej pożądany (aczkolwiek swojego czasu prezes Kaczyński namawiał do bojkotu referendum w Łodzi) jednak zaciekawienie wzbudziło niedawne zachowanie samego burmistrza.
Wygląda to tak jakby Piotr Guział chciał się zabezpieczyć przed potencjalnym wyjściem na światło dzienne tego co potocznie nazywane jest „hakami”. W obronie burmistrza stanęły oczywiście media związane z partią Kaczyńskiego. Nie jest niczym nowym, że dla sporej liczby Polaków stawanie w obronie tego, kto jest przeciwnikiem władzy jest odruchem bezwarunkowym.
Ciekawy jest natomiast fragment, w którym burmistrz pośrednio odnosi się do tych z „haków”, które mogłyby zmartwić jego żonę. Czyżby życiorys Piotra Guziała był aż tak barwny? Dla PiS jest to wręcz wymarzona wiadomość. Gdy zbieranie podpisów się zakończy, można usunąć niewygodnego koalicjanta. Już dzisiaj pojawiają się pytania o to kto spłacił wszystkie długi burmistrza.
Najbardziej w całym referendum zastanawiające jest jednak coś innego. Sposób zbierania podpisów przebiegał bez większej kontroli. Ludzie dobrowolnie podawali swoje dane osobowe (w tym pesel), wzór podpisu oraz miejsce zamieszkania każdemu kto twierdził, że zbiera podpisy. Mało komu wpadło do głowy w jaki sposób takie dane można wykorzystać.
