
Szkoła na widelcu! Zacznijmy od początku. Tak, żeby była jasność. Skąd pomysł i po co to wszystko?
REKLAMA
10 lat temu będąc w USA (Kalifornia nad jeziorem Tahoe) obserwowałem niezwykły, bogaty i piękny kraj pozbawiony czegoś co dla mnie zawsze było niezwykle ważne – dobrego jedzenia. Wiem, że może to zabrzmieć jak generalizacja, bo oczywiście mając pieniądze i czas znajdziemy tam produkty niezwykłe, ale generalnie było tragicznie. Od wszechobecnych fastfoodów, przez niekończące się hektolitry wysokosłodzonych napojów, aż po pozbawione smaku warzywa oferowane w zawrotnych cenach. A wszystko to- w otoczeniu luksusu i zbytku.
Pracowałem z dziećmi, sprzątałem i przyglądałem się ich diecie. Tostowe białe pieczywo, pseudo wędliny i para ser z czymś na podobieństwo ketchupu było podstawą diety tych dzieciaków. Nie muszę dodawać, że nie miałem zbytniego wyboru i jadłem to samo co oni. To był koszmar i męczarnia. Moje zdziwienie było tym większe, że dla nich to jedzenie było normą, codziennością tak oczywistą jak dla Brytyjczyka jaja na bekonie. Żywność niemal pozbawiona smaku, a jednocześnie tłusta, słona i piekielnie słodka.
W pamięci szczególnie zapadł mi moment kiedy dyrektor obozu, na którym pracowałem (wakacyjny obóz dla dzieci) zaproponował mi pracę w kuchni. Byłem bardzo podekscytowany. Chwilę później dowiedziałem się, że pracę stracił szef kuchni. Wtedy byłem już lekko przerażony. Niemal sto osób do wyżywienia i ja jeden. Jeden dzień szkolenia wystarczył. Właściwie tylko piętnaście minut. Lodówki i zamrażarki były pełne gotowego „jedzenia”. Wyciągnij z lodówki, rozpakuj, podgrzej i podaj. Szok.
Raz pozwolono mi przygotować obiad od podstaw. Kupić warzywa, mięso, ryż i przyprawy. Budżet przekroczyliśmy kilkukrotnie. Obiad przygotowywaliśmy wspólnie z dzieciakami i było przy tym masę zabawy. Raz.
Raz pozwolono mi przygotować obiad od podstaw. Kupić warzywa, mięso, ryż i przyprawy. Budżet przekroczyliśmy kilkukrotnie. Obiad przygotowywaliśmy wspólnie z dzieciakami i było przy tym masę zabawy. Raz.
Po trzech miesiącach przytyłem niemal dziesięć kilo. Byłem spuchnięty i nalany, mimo iż codziennie uprawiałem sport. Te dzieci nie miały szans by obcować z normalnym jedzeniem. Normą były chipsy, słodzone napoje, batoniki i białe pieczywo. Mrożonki i puszki stanowiły podstawę obiadu, a podstawowym narzędziem „kucharza” był otwieracz do konserw.
Jak to się ma do naszego kraju?
Dziś w prasie, Internecie i telewizji wrze na temat kolejnych stołówek, które maja zostać zamknięte. Dużo mówi się o tym co i jak jedzą dzieci, ale mam nieustające wrażenie że nie jest to temat wystarczająco ważny by stał się przedmiotem debaty politycznej. A powinien. Jeśli oszczędności samorządów dalej będą obejmować sferę żywienia dzieci i młodzieży to mamy szansę powtórzyć los USA i Wielkiej Brytanii, gdzie pogoń za obniżeniem kosztów spowodowała epidemię otyłości i nadwagi. Dziś koszty jakie ponoszą te kraje skłaniają ich decydentów do podejmowania środków zaradczych.
Michele Obama promuje zdrowe odżywianie, Tony Blair wsparł kampanię Jamiego Oliwiera.
Michele Obama promuje zdrowe odżywianie, Tony Blair wsparł kampanię Jamiego Oliwiera.
W Polsce sprawa zamiatana jest pod dywan i mamy do czynienia z typowym przykładem spychologii stosowanej. Rodzice mają pretensje do kucharek, kucharki do dyrekcji, a dyrekcja do samorządów. A co na to rząd? Tu ścieżka się urywa, bo szkoły to sprawa samorządów i by coś zdziałać trzeba działać oddolnie. Integrować się by walczyć. Są przykłady, które pokazują że się da: chociażby Stargard Gdański (http://www.wybrzeze24.pl/aktualnosci/po-fali-krytyki-stolowki-szkolne-uratowane).
Pytanie czy znajdzie się masa krytyczna, która ocali szkolne stołówki i zadba o to, by serwowane w nich jedzenie nie tylko spełniało standardy higieniczne, ale przede wszystkim miało znamiona dobrego jedzenia. Świeżego, sezonowego, naturalnego i zdrowego. Takiego, które nie zrujnuje budżetu rodziców i zapewni dzieciom zdrowie. To się okaże.
Pytanie czy znajdzie się masa krytyczna, która ocali szkolne stołówki i zadba o to, by serwowane w nich jedzenie nie tylko spełniało standardy higieniczne, ale przede wszystkim miało znamiona dobrego jedzenia. Świeżego, sezonowego, naturalnego i zdrowego. Takiego, które nie zrujnuje budżetu rodziców i zapewni dzieciom zdrowie. To się okaże.
To zależy od Nas!
