Wyobraź sobie najlepsze wino na świecie, jego smak i barwę, wilgotną piwnicę pełną malowniczych drewnianych skrzyneczek pokrytych matowymi nadrukami.
REKLAMA
Zamknij oczy. Weź głęboki oddech. Wyobraź sobie najlepsze wino na świecie, jego smak i barwę, wilgotną piwnicę pełną malowniczych drewnianych skrzyneczek pokrytych matowymi nadrukami. Wyobraź sobie wzgórza pokryte uprawami winogron i winnice, słynne od wieków. Barolo – brzmi jak zaklęcie.
To tu zjeżdżają się smakosze z całego świata by niczym sekta odwiedzić światową stolice trufli – Alba jest zaledwie kilka kilometrów stąd. Przybysze z różnych stron przemykają wąskimi uliczkami by w końcu zniknąć w otchłani mikroskopijnych sklepików handlujących skarbami ziemi. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów jest największe zagęszczenie restauracji z gwiazdkami Michelin w całych Włoszech. To tu wyrabia się monumentalne sery, tłoczy szlachetną oliwę i leżakuje octy, które smakują jak sex.
Mocna jak piekło kawa stawia na nogi, upał leje się z nieba. Na szczęście wśród gęsto usianych uliczek stare mury trzymają przyjemny chłód i wilgoć. Mieszkanie pachnie babcinym ciastem, zza okna co rusz przenika żarzący aromat płonących w słońcu dachówek. Z małego pokoju na poddaszu rozpościera się widok na Bra – ojczyznę Slow Foodu. Dla tych, którzy kochają jedzenie taka podróż jest jak pielgrzymka.
Pamiętam moment, kiedy w środku ciepłej letniej nocy po wielogodzinnej podróży po raz pierwszy ujrzałem mury Uniwersytetu Gastronomicznego. Ceglane fasady zlewające się z zielenią trawy rozświetlały przyćmione latarnie rozrzucone po dziedzińcu. Stary budynek wyglądał trochę jak obraz. Pamiętam chwilę kiedy następnego poranka przestąpiłem jego progi. Na dziedzińcu stał Człowiek Legenda, Instytucja - „Carlini” (skrót od Carlo Petrini) gwarzył z jednym z profesorów. To On założył jeden z najważniejszych ruchów żywieniowych na świecie. Ta historia to pewnie wątek na inne opowiadanie, o tym jak grupa zapalonych gurmandzistów ciężką pracą stworzyła międzynarodową organizacje walczącą o zachowanie bioróżnorodności, tradycji i kultury kulinarnej. O tym jak pasja do Prawdziwego Jedzenia starła się sposobem na życie i płaszczyzną do integracji dla małych wytwórców i zapaleńców z różnych zakamarków świata.
Niemal pusty dziedziniec lśnił w słońcu. Co jakiś czas przemykali studenci zafrapowani egzaminacyjnym maratonem. Stare mury kryją w sobie sale wykładowe i gabinety profesorów. Osobne biuro zajmuje się organizacją podróży studyjnych, które trwają okrągły rok. Szlachetne kamienne fasady łączą się ze stalowo – szklaną konstrukcją klatki schodowej. Na ostatnim piętrze na samym końcu budynku, ukryta za metalowymi drzwiami jest biblioteka. Dziesiątki regałów ugina się pod ciężarem tysięcy książek. Wszystkie o jedzeniu. O rolnictwie, socjologii, biologii i historii. O kulturze i tradycji… i życia by nie starczyło by to wszystko przeczytać.
Stojąc naprzeciw ściany książek poczułem się jak wiele lat temu, kiedy po raz pierwszy trafiłem do Akademii Kurta Schellera. Młody zarozumiały i przekonany o swojej wiedzy w ciągu kilkudziesięciu sekund zostałem znokautowany przez Mistrza.
Dziś ciesząc się spokojnym rytmem niewielkiego miasteczka w północnych Włoszech wiem – że nic nie wiem - i dobrze mi z tym.
Dziś ciesząc się spokojnym rytmem niewielkiego miasteczka w północnych Włoszech wiem – że nic nie wiem - i dobrze mi z tym.
