Niektórzy Amerykanie uważają szkoły “liberal arts” (z braku zręczniejszego tłumaczenia: “sztuki wyzwolone”) za elitarystyczne relikty starego systemu. Ale jak wspomina Podsekretarz Departamentu Edukacji, Martha J. Kanter, szkoły “liberal arts” produkują dwa razy więcej doktoratów per capita w naukach ścisłych niż duże uczelnie. Prawie 20% prezydentów USA przeszło edukację liberal arts. (dickinson.edu) Prezydent Obama pierwsze dwa lata spędził na Occidental, małej szkole “liberal arts” na zachodnim wybrzeżu. Twierdzi, że to doświadczenie wywarło na niego duży wpływ, otworzyło mu oczy na świat. Obama przeniósł się na Columbia University. Ale w 1979 roku, jako tzw.transfer, otrzymał małą, smutną kopertę - od Swarthmore College.
Dlaczego jestem fajniejsza od Obamy
REKLAMA
Dokładnie cztery lata temu co parę dni też znajdywałam w mojej skrzynce pocztowej w Warszawie małą, smutną kopertę. Każda następna (było ich, zdaje się, cztery lub pięć) powodowała moją niesłychaną rozpacz. Małe, smutne koperty zawierały małą, smutną stronę rozpoczynającą się słowami “We regret to inform you that...” (“Z przykrością zawiadmiamy, że...”). Wystarczył rzut oka na pierwsze zdanie i na firmowy papier z Dużego Uniwersytetu X (Yale, Brown, Harvard) i zazwyczaj przestawałam czytać.
Listy informowały mnie, maturzystkę w warszawskim, polskojęzycznym liceum, że Duży Uniwersytet X dostał dziesiątki tysięcy aplikacji więc niestety nie mogli mnie przyjąć. Zdecydowałam, że poczekam rok i będę aplikować ponownie.
Przetrwałam pierwszy rok na Uniwersytecie Warszawskim, nudząc się niemiłosiernie podczas większości zajęć i nieustannie marząc o amerykańskich szkołach. Przygotowałam lepszą, bardziej przemyślaną aplikację i wysłałam ją do większej ilości uczelni. Spektrum, które wcześniej składało się wyłącznie z uniwersytetów Ivy League, poszerzyłam o parę najlepszych szkół “liberal arts.”
W odpowiedzi dostałam kolejnych parę małych, smutnych kopert z tych samych Dużych Uniwersytetów co w poprzednim roku. Ale gdy pewnego majowego dnia kurier zadzwonił do moich drzwi, wiedziałam, że tym razem będzie to inna przesyłka. Koperta była duża, gruba, wesoła - z katalogami, prospektami i listem rozpoczynającym się od słow “We are happy to inform you that...” (Z radością powiadmiamy, że...”).
Koperta była ze Swarthmore College. Szkołę polecił mi amerykański znajomy rodziny, jako małą, kameralną renomowaną uczelnię liberal arts. Wiele o Swarthmore, uczelni założonej w 1863 roku, nie wiedziałam, poza tym, że moje przewodniki po amerykańskich szkołach uznawały ją za bardzo wymagającą szkołę dla nerdów.
“It’s one of the top three liberal arts colleges” (to jedna z trzech najlepszych szkoł “liberal arts”).
Liberal arts?
Większość szkół “liberal arts” jest niedużych, od tysiąca do trzech-czterech tysięcy studentów. Zazwyczaj są to prywatne, elitarne szkoły na wschodnim wybrzeżu, choć na West Coast też ich nie brakuje. Duże uniwersytety także mają ścieżki “liberal arts,” ale typową szkoła tego typu jest czteroletni college, gdzie profesorowie mogą się skupić na pracy z tzw. “undergraduates.”
Podstawową zasadą jest swoboda w układaniu sobie programu studiów.
Aktualnie piszę prace o kobietach w Koranie, o rewolucji francuskiej w “Frankensteinie” Mary Shelley a także doradzam Izraelowi żeby nie atakował Iranu.
Chociaż studiuje nauki polityczne i angielski, uczestniczyłam w zajęciach z dziennikarstwa, historii, fotografii, teatru - bo chciałam, ale także z inżynierii czy astronomii- bo musiałam. Większość szkół “liberal arts” wymaga by student w ciągu czterech lat nauki zamoczył palce we wszystkich akademickich dziedzinach - w naukach społecznych, humanistycznych i ścisłych. Chcą by studenci, ucząc się diametralnie różnych rzeczy, rozwijali różne metody myślenia.
Dzięki tej swobodzie horda 18, 19-latków nie idzie na prawo lub ekonomię, jak to w Polsce często bywa, a potem cierpi gdy się okazuje, że może jednak prawo nie jest kierunkiem dla nich. Można spróbować wszystkiego - znam osoby, które zamierzały studiować biologię, a lądowały na aktorstwie.
“Moim przyszłym, docelowym kierunkiem studiów jest medycyna, ale w tej chwili nie muszę się ograniczać wyłącznie do przedmiotów z nią związanych,” mówi Daniela Kucz, jedyna poza mną Polka na Swarthmore, która studiuje tzw. kierunek specjalny- Gender and Sexuality Studies.
Niektórzy mają wątpliwości czy studiując tyle różnych rzeczy zdobywa się odpowiednią wiedzę w swojej dziedzinie. Powiem tak - mało śpimy. Zajęcia są wyjątkowo intensywne - czytamy setki stron tygodniowo, piszemy dziesiątki stron w ciągu semestru. Nie funkcjonuje tu system: “nie robię nic przez cały rok, a później zakuwam do sesji.” Ale żeby nie było - egzaminów też nie brakuje.
Grupy są nieduże, a profesorowie dostępni dla każdego. Na UW jedyny kontakt z profesorem poza zajęciami miałam gdy musiałam stać dwie godziny w kolejce by zdobyć podpis w indeksie. Profesor był podpisem, a ja byłam nazwiskiem. Tu profesorowie znają nas dobrze, zapraszają nas do domu, traktują jak partnera w rozmowie. W większych szkołach nie jest tak zawsze, ale na Swarthmore każda osoba która mnie uczy ma doktorat w swojej dziedzinie.
Wiele szkół “liberal arts” oferuje świetne stypendia (na które na szczęście się załapałam jako amerykańska obywatelka), dbając o to by ogół studentów był różnorodny pod względem klasy, pochodzenia, miejsca zamieszkania. Moi najbliżsi amerykańscy przyjaciele to Włoszko-Irlandka z Nowego Jorku, której przodkowie przypłynęli na statku Mayflower, Polka, której rodzice, tak jak moi, przylecieli samolotem w latach 80-tych, tzw. All-American Boy z Teksasu, Rudzielec, którego ojciec jest Afro-Amerykaniem, Pół-Egipcjanka i Kubanko-Żydówka z Miami.
Co prawda Swarthmore nie może pochwalić się absolwentem-prezydentem, a jedynie kandydatem (Michael Dukakis), ale dużą kopertę otrzymał też Joseph Altuzzara, rozchwytywany projektant mody, który ostatnio zaprojektował koszulkę dla kampanii prezydenckiej Obamy, a także znany polski reżyser teatralny Michał Zadara.
Stay tuned,
Polish Girl
