Z dziką radością przeczytałam dziś w naTemat.pl jedną czwartą tekstu Izabeli Bek pod jakże optymistycznym tytułem “Francuzki nie tyją”. Niestety pozostałe trzy czwarte strąciły mnie w otchłań czarnej rozpaczy. Ale po kolei. Na początek euforia, kiedy widzę zdjęcie autorki z adnotacją, że jest właścicielką mojej ulubionej warszawskiej cukierni La Vanille. Kto tam kiedyś był, a mnie do La Vanille regularnie zaciągają córki wie, że przekroczyć próg tej cukierniczej świątyni, to znaczy znaleźć się w cupcake’owym niebie. Wie też, że oparcie się tutejszym słodkościom jest dowodem najwyższego męstwa i niezłomnej wręcz woli.

REKLAMA
Nie doświadczyłam tego wprawdzie empirycznie (bo ja zawsze ulegam), ale wierzę, że kiedyś ta chwila nadejdzie. Tymczasem każdorazowo jem TYLKO jedno ciastko. Nie ukrywam, że napawa mnie to bezbrzeżną dumą. JEDNO ciastko, które przeżuwam w nabożnym skupieniu, podczas gdy Anka z Julą pochłaniają po trzy na głowę.
Patrzę sobie ja więc dzisiaj na rzeczone zdjęcie chudej właścicielki i szaleję z radości. A więc te wszystkie wyrzeczenia po nic! Mogę zjeść jedno ciastko, dwa, trzy, cztery!
No bo jeśli ktoś pracuje w takim miejscu , a pracując w takim miejscu MUSI zdrowo pojeść (że może być inaczej nie mieści mi się w głowie ) i wciąż jest doskonale chudy, jak wspomniana właścicielka ...oznacza tylko jedno: że amerykańskie ciasteczka z boskim maślanym kremem są po prostu DIETETYCZNE! Eureka!
Czytam dalej i robi się jeszcze milej. Francuzki nie odmawiają sobie chleba, sera, wina, czekolady i nigdy nie tyją, pisze Iza Bek. No fakt, nie pamiętam bym kiedykolwiek widziała grubą Francuzkę. Obłą może tak, ale grubych zdecydowanie nie pamiętam. Przypominam sobie za to weekend w Paryżu przed dwoma laty. Śniadania w ulicznych kawiarenkach w Paryżu i niebiańsko pachnące brioszki,
croissanty, pain au chocolat i takie tam cuda. Potem lunch w jednej z brasserii, z obowiązkowym koszyczkiem chleba, który napełniał się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, za każdym razem kiedy kończyłam wydłubywać ostatnie okruchy poprzedniej dostawy. Do kolacji też bagietka, a jakże. Nawet dwie, jeśli kelner wystarczająco szybko reagował na zapotrzebowanie. Jadłam jak Francuzka, dlaczego więc do licha, po powrocie z weekendu ważyłam, jak Amerykanka? Hmmm?
No i tu przechodzimy do tych trzech czwartych tekstu, które znacznie mniej przypadły mi du gustu, niż cudownie zachęcający wstęp. Tu w okolice miłych dla ucha słów “bagietka”, “ser”, “czekolada” niecnie wkrada się ponure hasło “umiar”. Tego nie lubimy i nie stosujemy. Ta przykra niespodzianka tłumaczy jednak brak powodzenia mojej weekendowej “francuskiej” diety, która skończyła się wrzuceniem na plecy 3 kilogramów w trzy dni.
Oczywiście piszę to wszystko z lekkim przymrużeniem oka. Wiem, że trzy bagietki podczas jednego posiedzenia, muszą skończyć się źle. Wiem, ale trudno mi się powstrzymać. Moje nawyki żywieniowe polegają na przeplatających się wzajemnie okresach kulinarnej transgresji i ascezy.
Uświadomiwszy sobie to po raz ... enty, wpakowałam się do samochodu i pognałam do najbliższego sklepu z wyposażeniem sportowym. Wiem (bo trochę siebie już znam), że nie zrezygnuję z pragnienia “wielkiego żarcia”. Wiem, że rozwiązaniem nie jest, następująca po wielkim żarciu głodówka. Jeśli już wiem, to trzeba sobie w końcu powiedzieć, rusz się Pani. Lato, choć wstrzemięźliwie, jednak nadchodzi. Pierwszym jego objawem nie jest, niestety, wielki upał, ale gigantyczny bąbel po ukąszeniu komara na moim lewym nadgarstku. Więcej skubany nie zdołał ukąsić, bo na razie wyglądam, nie mam wyjścia, jak Nigella w “burkini”. Zrzucam więc burkini. Może jeszcze nie dziś, ale sprzęt, który właśnie kupiłam, daje nadzieję na niedaleką przyszłość. Mata do ćwiczeń, dziwny krążek do pilatesa i hantle - na razie dwu kilogramowe, żeby mięśnie się nie zakwasiły, jak powiedział przytomnie sprzedawca;)
logo
Narzędzia tortur

logo
Siesta (permanentna) . Dlaczego nie urodziłam się berneńczykiem?

Poćwiczyłam, spociłam się solidnie (przepraszam za to wyznanie na blogu bądź, co bądź kulinarnym ), a teraz czas na nagrodę. Na blogu Izy Bek czytam, że, tu cytat “francuzka wybierze “pyszną pajdę najlepszego pieczywa z wysublimowanym, starannie dobranym dodatkiem, który podkreśli, a nie stłamsi, jego smak. Może będzie to kawałek koziego sera z rukolą? A może szynki parmeńskiej? Albo nutka bursztynowego miodu lawendowego”?
A może tak wszystko naraz? W końcu zasłużyłam:))) No to jedziemy;)
BAGIETKA Z KOZIM SEREM, SUSZONĄ SZYNKĄ, RUKOLĄ I MIODEM:) YES, YES, YES!
Tak powinno być po francusku, ja bagietki niestety na stanie nie miałam, więc zamiennie poszła w obróbkę ciabatta. Uwielbiam kozi ser, zwłaszcza kiedy jego intensywny smak przełamuje słodycz miodu i owoców, a całość podkręca cudny polski kumpiak. Jeśli jeszcze nie próbowaliście , czas nadrobić zaległości i cudze przestać chwalić, zanim swojego nie poznacie:) Rzeczony kumpiak to pyszna, delikatna, nieco słodkawa suszona szynka z Podlasia. Jej wielbiciele twierdzą, że jest lepsza od najlepszej parmeńskiej i coś w tym rzeczywiście jest (znajdziecie go w sklepach slow food i z regionalnymi specjałami).
logo

Do dzieła, potrzebujemy tylko :
bagietki ( albo ciabatty)
koziego twarożku
suszonej szynki: kumpiak, parmeńska albo inna, ale teraz gdy o tym myślę, to przychodzi mi do głowy pokrojony cieniutko kindziuk, muszę to wypróbować...
miodu
rukoli
fig, albo teraz w sezonie jeszcze lepiej: pysznych, soczystych polskich truskawek
Proste jak konstrukcja cepa, a do bólu smaczne :
bagietkę (ciabattę) kroję na pół, smaruje kozim serem i oblewam odrobiną miodu...
logo

potem już tylko rukola i trochę świeżo mielonego pieprzu,
i cała reszta: szynka , figi (lub jeszcze lepiej: truskawki)
voila;) Ćwiczymy, jemy i zrzucamy burkini ! Miłego weekendu, smacznego i do rychłego:)
logo

PS: Jeszcze raz baaaardzo dziękuję za zainteresowanie moją pisaniną i za wszystkie Wasze komentarze! :)