Nashville, St. Louis, Los Angeles i Phoenix awansowały do półfinałów Konferencji Zachodniej w dużej mierze na plecach swoich wyśmienitych bramkarzy. Zakładając, że ich forma nie spadnie, co trzeba poprawić w polu?
REKLAMA
Nashville, St. Louis, Los Angeles i Phoenix awansowały do półfinałów Konferencji Zachodniej w dużej mierze na plecach swoich wyśmienitych bramkarzy. Zakładając, że ich forma nie spadnie, co trzeba poprawić w polu?
Pekka Rinne, Brian Elliott, Jonathan Quick i Mike Smith to nazwiska, które przewijają się w ścisłej czołówce statystyk bramkarskich po zakończeniu serii ćwierćfinałowych na Zachodzie. Zajmują odpowiednio miejsca 7., 2., 3. i 6. pod względem jak najniższej średniej wpuszczonych bramek na mecz (GAA) oraz 5., 4., 2. i 3. pod kątem procent obronionych strzałów (SV%). Pechowcem z pierwszych miejsc obu tych klasyfikacji jest Cory Schneider z Vancouver Canucks. Jeśli zatem założyć, że w półfinałach Predators z Coyotes oraz Blues z Kings golkiperzy utrzymają wysoką formę, przyczyn powodzenia trzeba będzie szukać gdzieś indziej.
Każdy z półfinalistów Zachodu ma bowiem coś do poprawienia.
Nashville – Barry Trotz z asystentami będzie musiał w pierwszej kolejności popracować nad grą special teams. Gra w przewadze w serii z Red Wings praktycznie nie istniała (PP 9,1%), co jak na liderów sezonu zasadniczego w tym aspekcie, jest nie do przyjęcia. W osłabieniu Drapieżcy radzili sobie lepiej, bo ich – zbliżone do sezonu – 82,6% skuteczności oznaczało połowę stawki szesnastu zespołów grających o Puchar.
St. Louis – Ken Hitchcock zapewne kombinuje co zrobić, aby na listę strzelców i punktujących częściej wpisywał się ktoś inny niż Andy McDonald i Patrik Berglund. Tylko oni w pięciomeczowej serii z San Jose zdobyli powyżej trzech pkt (odpowiednio 8 i 7). Ponieważ obrońcy Nutek dużo strzelają na bramkę, może warto, aby tacy gracze jak Jason Arnott, Chris Stewart czy David Backes częściej i skuteczniej zasłaniali pole widzenia bramkarzowi rywali? Da to szansę na obite od nich strzały oraz dobitki z bliska.
Los Angeles – Koszmarem nocnym Darryla Suttera jest skuteczność gry w przewadze (tylko 11,5% póki co, przy skuteczności w sezonie równie niewesołej, ale jednak lepszej: 17%). Drugą pięta achillesową są wznowienia – standardowo rewelacyjny tutaj jest center trzeciego ataku Jarret Stoll (58,3%), ale więcej na buliku muszą dać z siebie Jeff Carter (38,9%) oraz Anze Kopitar (48,2%).
Phoenix – Co przysparza wrzodów na żołądku Dave’owi Tippettowi? Nie mówiąc już o nerwach zszarganych pięcioma dogrywkami w serii z Chicago, z pewnością chodzi o utrzymywanie prowadzenia po dwóch tercjach (Kojoty dają radę tylko w połowie przypadków). Gdyby zespół lepiej radził sobie w pięciu-na-pięciu (tylko 1,10 gola na mecz), łatwiej byłoby dowieźć do końca meczu korzystny wynik. Bo w osłabieniu gracze z Phoenix bronią jak szaleni (najlepsze w playoff 94,7%).
Bez stałych bywalców z ostatnich lat (DET, VAN, SJS, CHI), półfinały na Zachodzie będą miały posmak dzikości. Do walki o wejście do ścisłego finału konferencji wejdą dwa zupełnie „nowe” zespoły – te, które najskuteczniej zamurują dostęp do własnej bramki i – mimo nawarstwiającego się zmęczenia – najlepiej wyeliminują słabości z poprzedniej rundy. Innymi słowy, dalej pójdą ci, którym uda się wyremontować samolot podczas lotu :).
