"To już prawie koniec...świata" - mogliby pomyśleć ci, którzy tylko z doskoku śledzą ligę NHL w kontekście tego, jakie trzy ekipy zakwalifikowały się już do rozpoczynających się w weekend finałów konferencji.
REKLAMA
"To już prawie koniec...
świata" - mogliby pomyśleć ci, którzy tylko z doskoku śledzą ligę NHL w kontekście tego, jakie trzy ekipy zakwalifikowały się już do rozpoczynających się w weekend finałów konferencji. Jeszcze tylko rozstawieni z #7 Washington Capitals wyeliminują najlepszy w sezonie zasadniczym zespół na Wschodzie (New York Rangers) i będziemy mieli czwórkę outsiderów na placu gry.
Outsiderów? I tak i nie.
Los Angeles Kings startowali co prawda z #8, ale zdążyli już wyeliminować zespoły rozstawione z jedynką i dwójką. Phoenix Coyotes są sensacją rozgrywek - najpierw poradzili sobie z mistrzami przed dwóch lat (Chicago Blackhawks), a następnie z drużyną typowaną na finalistę konferencji (Nashville Predators).
Na Wschodzie New Jersey Devils zamknęli usta tym, którzy od ofensywnej armady Philadelphia Flyers oczekiwali co najmniej Pucharu Stanleya. I to zamknęli je w pięciu meczach, a gdyby nie gol w dogrywce w meczu nr 1, to mogło się w ogóle skończyć na czterech. Stołeczni z kolei dzielnie walczą z kolejnym (po Boston Bruins) teoretycznie zbyt silnym dla siebie rywalem (jest 3-3 w serii).
Koniec świata jaki znaliśmy zatem?
No może to jeszcze nie jest początek nowej wspaniałej rzeczywistości w NHL (trudno przypuszczać, by ktoś w przyszłym roku chciał powielić "model Devils" ;)), ale z pewnością powiew świeżości. I świadectwo tego, że nawet największe analityczne umysły świata sportu nie są w stanie przewidzieć tego, co w nim najpiękniejsze: że nikt nie zna daty końca świata, dopóki on nie nastąpi.
Bo dzień po to już wszyscy są mądrzy ;).
A że koniec świata nastąpi po ostatnim meczu ścisłego finału jest już dzisiaj w 3/4 pewne :).
