Menedżerowie chcą budować zespoły, które będą odnosiły sukcesy przez lata. Słyszymy tłumaczenia, że nie ma drogi na skróty. Głupio nam robi się dopiero wtedy, kiedy –jak tej wiosny- okazuje się, że skrót jednak istnieje.

REKLAMA
Zimą tego roku, kiedy ich zespoły z różnym powodzeniem walczyły o to, aby zachować kontakt z pierwszą ósemką w konferencji, menedżerowie Toronto Maple Leafs i Calgary Flames, przy różnych okazjach, wyrazili podobne zdanie. Brian Burke i Jay Feaster powiedzieli mianowicie, że – parafrazując – nie interesuje ich to, aby ich zespoły po prostu zakwalifikowały się do fazy playoff, a następnie szybko odpadły w pierwszej rundzie. Dodali, że zajęci są budowaniem składu na lata - tak, aby nie tylko rok po roku walczyć o Puchar Stanleya, ale też w tych rozgrywkach się liczyć.
Do wiosny tego roku ten obrazek miał sens. Od ładnych kilku tygodni jednak - rzeczywistość skrzeczy.
Nie wchodząc do playoff, bez względu na etap budowy docelowego zespołu, żaden klub nie ma szans wyprzedzić czy wręcz pominąć krzywej rozwoju. A tego właśnie jesteśmy, wraz z Burke’m i Feasterem, świadkami na etapie półfinałów konferencji. Dwóch z czterech półfinalistów to zespoły, które zakwalifikowały się z niewielką przewagą punktową nad Calgary, a trzech z czterech półfinalistów to zespoły, po których przed rozpoczęciem tej fazy trudno się było spodziewać, że w drugiej połowie maja będą o kilka wygranych od ścisłego finału Pucharu Stanleya.
Phoenix Coyotes zajęli co prawda trzecie miejsce na Zachodzie, ale stało się tak dlatego, że… po prostu ktoś musiał to zrobić. Nikt nie zdziwiłby się chyba, gdyby Kojoty (97 pkt.) zamieniły się miejscami na końcu sezonu zasadniczego z Los Angeles Kings (95 pkt i nr 8 przed playoff). Na niechlubnym 9. miejscu na Zachodzie wylądowali Flames. Z kolei słabe ostatnie miesiące w wykonaniu Maple Leafs oddaliły ich mocno od dwóch ostatnich zespołów wchodzących do playoff ze Wschodu (dwanaście pkt straty do siódmych Washington Capitals i ósmych Ottawa Senators), ale przez długie zimowe tygodnie klub z Toronto zachowywał jeszcze nadzieję na przełomowy, pierwszy od lokautu, występ w playoff.
Czemu o tym piszę właśnie teraz? Bo za wyjątkiem zwycięzców Wschodu, New York Rangers, to są playoff, w których brylują niedoceniani. Do tego stopnia, że sami Strażnicy musieli przebrnąć przez dwie siedmiomeczowe serie, by wyeliminować najpierw Senatorów, a później Stołecznych. Oba te kluby były w zasadzie tylko o gola od dużej niespodzianki. Po drugiej stronie kontynentu, Kings wyeliminowali nr 1 (Vancouver) i 2 (St. Louis) przegrywając w dwóch seriach łącznie jeden mecz. Teraz prowadzą 3-0 w serii z nr 3 z Phoenix, którzy wcześniej pokonali mistrzów sprzed dwóch lat (Chicago) i faworyta do finału z Zachodu (Nashville). Nadal istnieje też spora szansa, że w wielkim finale zagrają zespoły rozstawione z nr 6 na Wschodzie (New Jersey) i 8 na Zachodzie (LA).
Chyba tylko o Rangers można powiedzieć, że są na takim etapie budowy zespołu, że trudno się dziwić ich obecności w finale konferencji. Devils mają problemy finansowe, dwóch bramkarzy przed emeryturą (i bez wielkich perspektyw na tej pozycji w afiliacji) i znak zapytania nad dalszymi losami najlepszego gracza (Zach Parise). Coyotes nadal grają bez właściciela, w składzie, którego spora część to „gracze z odzysku”, którym nie powodziło się gdzie indziej. Kings natomiast przez większość roku nie byli w stanie kupić gola nawet na Ebay’u, grając w ataku na tyle blado, że menedżer musiał zmienić trenera, by samemu nie stracić pracy.
W tym roku śledzimy playoff, w których brylują niedoceniani. A zasadniczą różnicą pomiędzy tą grupą a Maple Leafs i Flames jest to, że dwa ostatnie zespoły nie biorą udziału w tym tańcu. Bo kto nie chce być bohaterem jednego tańca, często nie jest bohaterem żadnego.