W zeszłym tygodniu przetoczyła się w mediach burza na temat pomeczowych konferencji prasowych trenera New York Rangers – Johna Tortorelli. Był niemiłosiernie krytykowany – ja będę go chwalił.
REKLAMA
W zeszłym tygodniu przetoczyła się w mediach burza na temat pomeczowych konferencji prasowych trenera New York Rangers – Johna Tortorelli. Był niemiłosiernie krytykowany – ja będę go chwalił.
Większość pomeczowych spotkań z mediami w czasie tegorocznych playoff Tortorella obsługiwał monosylabami, niejednokrotnie się przy tym krzywiąc, i kończąc je po kilkunastu lub kilkudziesięciu sekundach, kiedy dziennikarze nie byli w stanie wykrztusić z siebie pytania, na które miałby ochotę odpowiedzieć. Oto dwa przykłady:
„Tak”, „nie”, „już mówiłem”, „zachowamy to dla siebie” i #facepalm – o tym mówiło się nie tylko w nowojorskich mediach o konferencjach bossa Rangers, bo… media nie miały niczego innego, o czym można by pisać. Nie było celnych i dobrze wyglądających w nagłówkach cytatów, ostrych słów, kontrowersyjnych opinii, oraz negatywnych ocen poszczególnych graczy. Czyli nie było pożywki do sprzedania niusa, tematu, programu radiowego czy telewizyjnego.
W ten sposób właśnie sam Torts stał się tematem.
Rozpoczęła się medialna nagonka na trenera. Zarzucono mu, że ignoruje media, że jest arogancki, nieodpowiedzialny, dziecinny, że nie pomaga swojemu zespołowi. I wreszcie, że na tak dużym i ważnym dla NHL rynku amerykańskim, jak Nowy Jork, nie przydaje chluby dla całej lidze. Że takie działania należałoby systemowo uregulować, czytaj – jak najszybciej ukrócić.
Stanięcie w obronie Tortorelli wcale nie jest trudne, zważywszy, że jego postępowanie dało znacznie ciekawsze powody do rozmów w kuluarach NHL niż 99% konferencji prasowych, do których wcześniej byliśmy przyzwyczajeni. Powiedzmy sobie szczerze , większość trenerów komunikuje się z mediami za pomocą skrótów myślowych, frazesów, uproszczeń. Na przykładowej konferencji prawie zawsze pojawiają się takie sformułowania jak: „nie możemy łapać głupich kar”, „niektórzy z naszych graczy muszą dać z siebie więcej”, „tak się kończy strata krążka we własnej tercji”, „musimy wygrywać więcej wznowień”, „nasi rywale pracowali na lodzie bardziej niż my”, „ich bramkarz dał im szansę na wygraną w meczu”, czy „musimy wzmocnić forechecking w kolejnym meczu”.
W skrócie – „wielki ziew” a’la Darryl Sutter (cierpiącym na bezsenność polecam klipy z YT z jego z kolei udziałem).
Tortorella zmienił te niechlubnie przewidywalne tendencje, wprowadzając element sensacyjny i wciągający – frapując nawet kanadyjskie media, tym czy kolejne spotkanie przekroczy barierę 30 sekund, czy rzuci „mięsem”, czyje pytanie mu się spodoba. I to właśnie stało się najbardziej eklektyczne i nowojorskie – ten epizod związany z Rangers zaczęli śledzić nawet ci, którzy zawodowego hokeja nie obserwują na co dzień. Co samej NHL przysporzyło niewątpliwie publicity. A tak długo jak nasze nazwisko piszą poprawnie, publicity lepiej mieć niż nie mieć, prawda?
I jeszcze jedno – trener odwrócił również w ten sprytny sposób uwagę od swojego zespołu. Tego samego, który mimo pierwszego miejsca na Wschodzie w sezonie zasadniczym, miał spore kłopoty z wyeliminowaniem nr 8 (Ottawa Senators) w pierwszej i nr 7 (Washington Capitals) w drugiej rundzie, potrzebując w obu przypadkach siedmiu meczów. Tego samego, który – mimo wspaniałych napastników – ma kłopoty ze strzelaniem bramek (tylko 2,16 gola na mecz w playoff).
Sprytne. Bardzo sprytne.
Aż chciałoby się tego Tortorellę i jego zespół widzieć w finale. Niech ten spektakl trwa.
