Po rozegranym w wyjątkowo kiepskim stylu meczu nr 1, zarówno zwycięzcy, jak i pokonani mogą czuć się zadziwiająco dobrze. Dlaczego?
REKLAMA
Po rozegranym w wyjątkowo kiepskim stylu meczu nr 1, zarówno zwycięzcy, jak i pokonani mogą czuć się zadziwiająco dobrze. Dlaczego?
Środowy mecz nr 1 dość słabo nadawał się na wyczekiwane od kilku dni wielkie otwarcie finału Pucharu Stanleya. Oba zespoły czuły w kościach trudy wcześniejszych rund albo sparaliżowała je stawka tego pojedynku. Grunt, że tempo było ospałe, szans bramkowych niewiele, a jeśli już ktoś próbował zagrozić golkiperowi rywala, to z mizernym skutkiem (ledwie dwa gole w 60 min.). Decydująca o wyniku spotkania akcja Justina Williamsa z Anze Kopitarem stanowiła raczej wyjątek niż regułę jeśli chodzi o poziom meczu.
Skąd więc optymizm w obu obozach?
W przypadku Królów jest to bardziej zrozumiałe. Goście kontynuują passę zwycięstw na wyjeździe w tych playoff (przypomnę ich bilans to 9-0!), a rozpoczęcie finałów było przez wielu obserwatorów uznawane za ich potencjalnie najtrudniejszy mecz w tej serii. Powodem była…wcześniejsza skuteczność zespołu, który musiał czekać prawie dziesięć dni na rozpoczęcie finałów. „Zardzewiałe” mięśnie na pewno będą sprawniejsze z każdym kolejnym spotkaniem. Kings w meczu otwarcia nie udało się również dominować fizycznie w takim stopniu, jak było to widać we wcześniejszych rundach. Co prawda nie dopuszczali Devils do sytuacji strzeleckich (tylko 17 strzałów na bramkę), ale z gry siłowej w forechecku rzadko wynikało przejęcie krążka w tercji obronnej rywala. Krótko mówiąc – trudno się spodziewać, aby Los Angeles zagrało podobnie nietypowo dla siebie i dość nieskutecznie w dzisiejszym meczu nr 2.
O dziwo, New Jersey Devils również nie muszą mieć zwieszonych głów. W prawdzie przegrali pojedynek, ale… zagrali bodaj najsłabiej w tych playoff w przekroju całego meczu. Metaforycznie można powiedzieć, że Diabły przespały większość ślimaczego spotkania w takim stylu, jak zwykle miały w zwyczaju „opuszczać” tylko drugą tercję. Trudno się spodziewać, aby trener Pete DeBoer nie pozbierał i nie wstrząsnął zespołem w ciągu dwóch dni wolnego. Nie powinno być to trudne, bo gracze New Jersey (za wyjątkiem bramkarza Marty Brodeura) zagrali słabo pod praktycznie każdym względem: forechecking napastników był mniej widoczny, skuteczność (Clarkson! Fayne!) wołała o pomstę do nieba, a energetyczna czwarta linia zespołu (Bernier-Gionta-Carter) dała się zdominować swoim odpowiednikom z LA. Krótko mówiąc – adrenalina i nóż na gardle może mieć, wyjątkowo, wpływ terapeutyczny na Diabły w meczu nr 2.
Z tych właśnie względów dzisiaj w nocy spodziewam się szybkiego, pełnego emocji widowiska, prowadzonego na pełnych obrotach! Zwycięstwo Kings sprawi, że będą w połowie drogi do euforii. Wygrana Devils przywróci nadzieję na co najmniej remis po dwóch meczach w Kalifornii.
