Czy Dominic Moore może przynosić szczęście? Kiedy zespoły NHL zbroją się na fazę playoff, Moore – ostatnio z dużą regularnością - zmienia barwy klubowe, zwiększając szanse nowego pracodawcy na końcowy sukces.

REKLAMA
Na pierwszy rzut oka ten pochodzący z Thornhill w prowincji Ontario napastnik niczym się nie wyróżnia. Jego najmocniejszą stroną jest jednak kombinacja cech, które są bezcenne w walce o Puchar Stanley’a: determinacja, gra sytuacyjna w ataku, świetna defensywa i gra w osłabieniu oraz skuteczność we wznowieniach. Moore nie jest może wirtuozem w którejkolwiek z tych kategorii osobno, ale posiada niedostępną dla wielu graczy, szczególnie w fazie playoff, umiejętność włączania „piątego biegu” wiosną, kiedy liczy się każda wygrana walka o krążek.
To sprawia, że ten uniwersalny hokeista (może grać na środku ataku albo na skrzydle) jest od dwóch lat jednym z bohaterów zmagań o Puchar Stanley’a. Z dobrej strony pokazał się już wiosną 2010 r., kiedy w 19 meczach playoff, w barwach nieustępliwych wtedy Montreal Canadiens, strzelił cztery gole. Rok później o tej samej porze, już jako gracz Tampa Bay Lightning, rozegrał playoff życia (trzy gole i łącznie 11 pkt w 18 meczach), a jego klub ponownie był rewelacją rozgrywek (doszedł do finału Konferencji Wschodniej).
Nie zmienia się również (już wcześniej, bo od marca 2009 r.) transferowa cena 31-latka. Przechodząc najpierw z Toronto do Buffalo (2009), później z Florydy do Montrealu (2010), a kilka dni temu z Tampa Bay do San Jose, Moore przynosił swojemu poprzedniemu pracodawcy wybór w drugiej draftu. To dość wysoka cena jak na gracza trzeciej linii ataku, którego najmocniejszą stroną jest gra sytuacyjna. Wysoka, ale zasłużona. Od dwóch sezonów wygląda bowiem na to, że kto ma w składzie tego gracza, zachodzi w playoff daleko.
San Jose Sharks mają większe apetyty niż Canadiens AD2010 i Lightning AD2011. Oni w finale Konferencji Zachodniej już byli – zgadliście, w ubiegłym sezonie. Teraz liczą, że pozyskanie Moore’a da im więcej szczęścia - udział w samym finale Pucharu Stanley’a, a może nawet więcej.