Dwa dni temu, przed halą Pittsburgh Penguins, Consol Energy Center, odsłonięto pomnik upamiętniający najlepszego zawodnika w historii tej organizacji i - oprócz Wayne'a Gretzky - najważniejszego hokeisty NHL w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat: Mario Lemieux.
REKLAMA
Dwa dni temu, przed halą Pittsburgh Penguins, Consol Energy Center, odsłonięto pomnik upamiętniający najlepszego zawodnika w historii tej organizacji i - oprócz Wayne'a Gretzky - najważniejszego hokeisty NHL w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat: Mario Lemieux.
Wypisywanie osiągnięć Lemieux zrobiłoby z tej notki na blogu wpis encyklopedyczny. Było on bowiem zawodnikiem, który zdefiniował na nowo wpływ, jaki może mieć jeden hokeista na losy swojego klubu.
Starsi kibice mieli przyjemność obserwować jego karierę praktycznie od początku - najpierw dzięki choćby skrótowym informacjom w "Przeglądzie Sportowym" i plakatom w czechosłowackim ówcześnie magazynie "Stadion" (kto to wydawnictwo jeszcze pamięta?). Oglądaliśmy jego zmaganie o wyprowadzenie ze sportowego i organizacyjnego marazmu klubu z Pittsburgha, pasjonujące mecze reprezentacyjne na turnieju Canada Cup, zdobywane z łatwością nagrody indywidualne w NHL, dwa pamiętne finały Pucharu Stanley'a (o tym za chwilę) i złoto olimpijskie w 2002 (Salt Lake City).
To właśnie "Wielki Mario" był powodem dla którego wstawało się z łóżka nocami w czerwcu 1991 i 1992 r. Pamiętne batalie finałowe z Minnesota North Stars i Chicago Blackhawks wielu z nas oglądało się w równym stopniu dla wyniku, jak i dla przyjemności. Przyjemności patrzenia, jak na naszych oczach tworzy się historia. Do dzisiaj pamiętam jedyny niezaliczony w pierwszym terminie egzamin na pierwszym roku anglistyki - jego termin przypadał na dzień *po* którymś z meczów finałowych '91. Nic dziwnego, że nauka nie miała szans :).
Pamiętny gol przeciwko North Stars w finałach
Lemieux imponował również jako człowiek. Jego heroiczna walka ze śmiertelną chorobą (rak), o której powiedział publicznie w styczniu '93, późniejszy powrót na lód, dwie operacje pleców, zbyt wczesne (dla nas, kibiców) przejście na emeryturę, aż po tyle niespodziewany co elektryzujący powrót na lodowiska NHL - to były walki, które, w myślach i modlitwach, rozgrywaliśmy razem z graczem z numerem 66 na plecach.
Dzisiaj - jakże stosownie - Mario jest współwłaścicielem Pittsburgh Penguins, klubu który zawdzięcza mu sportowe i finansowe życie. Mimo rozlicznych zajęć, otworzył swój dom na Pingwinów z młodego hokejowego pokolenia - to właśnie u państwa Lemieux w pierwszym okresie po wybraniu w drafcie przez klub mieszkały obecne gwiazdy klubu: bramkarz Marc-Andre Fleury czy aktualnie najlepszy hokeista na świecie: Sidney Crosby.
Mario Lemieux również dla kibiców w Polsce, szczególnie kibiców mojego pokolenia, to żywa legenda. W jakimś sensie wszyscy zaczynaliśmy od Mario. Zaczynaliśmy poranek od sprawdzenia w gazecie (sic!) jak mu poszło dzień wcześniej, zaczynaliśmy od upewnienia się u pana Andrzeja w kiosku, że na pewno odłoży nam "Stadion" (wtedy niektóre czasopisma, szczególnie zagraniczne, można było dostać wyłącznie przez znajomość z kioskarzem). A lato na początku lat dziewięćdziesiątych zaczynaliśmy od sprawdzenia w programie telewizji "Screensport" (pamiętacie?), kiedy zaczynają się nocne transmisje z finałów Pucharu Stanley'a.
Mario w akcji
Wszyscy zaczynaliśmy od Mario. Dzisiaj - tym tekstem i komentarzem pod nim - możemy mu, w niewielkiej części, podziękować za tamte emocje. Dzięki, panie Lemieux! Dzięki, Mario!
Oto fragment ceremonii odsłonięcia pomnika
A jakie jest Wasze najbardziej wyraźne wspomnienie dotyczące Mario Lemieux? Zdążyliście go jeszcze zobaczyć w grze?
