Wczoraj na komisji finansów publicznych zapytałam polityków PiS, kiedy przestaną udawać, że nie widzą szarej strefy usług fryzjerskich i kosmetycznych? Czy nie byłoby bezpieczniej pozwolić branży działać pod kontrolą? Tak się składa, że cały rząd chodzi elegancko przystrzyżony, choć zakłady fryzjerskie od ponad miesiąca nie działają.

REKLAMA
Czyżby wszystkie żony polityków PiS zostały fryzjerkami? Oczywiście, że nie. Wszyscy dobrze wiemy, że podziemie w branży beauty doskonale się rozwija i choć nie służy to ani naszemu bezpieczeństwu zdrowotnemu, ani budżetowi państwa, premier Morawiecki i minister Szumowski wolą dalej uprawiać demagogię, zamiast faktycznie przeciwdziałać gospodarczej katastrofie.
Rzeczą oczywistą jest, że fryzjer czy kosmetyczka jeżdżący od domu do domu mogą stać się groźnym ogniwem rozprzestrzeniania się wirusa. Dużo bezpieczniejsze byłoby i dla nich, i dla ich klientów, gdyby pracowali, we własnych gabinetach. Systematycznie dezynfekowanych, z zastosowaniem środków ochrony indywidualnej i przy ograniczonej liczbie przyjmowanych klientów. Dobre rozwiązania potrzebują jednak konsultacji i rozmysłu a nie demagogii i populizmu.
Tego typu absurdów w decyzjach rządu w ostatnich tygodniach jest niestety więcej. Po co rząd, w początkowej fazie walki z wirusem, zamknął markety budowlane w weekend? Przecież wystarczyło po prostu ograniczyć w nich ruch i obsługiwać klientów tak jak miało to miejsce między poniedziałkiem a piątkiem. Po co całkowicie zamknięto galerie handlowe? W szczycie epidemii rząd uważa, że wystarczy nałożyć na galerie restrykcje adekwatne do mniejszych sklepów.
W rekordowy dzień pod względem liczby zgonów rząd pracował nad luzowaniem gospodarki, bo dziś już wie, że Polski nie stać było na wdrożone restrykcje, że wpływy do budżetu drastycznie spadną a recesja będzie głębsza niż szacowali. Rząd wie, że nie stać nas na dalsze mrożenie gospodarki, bo nie będziemy mieć pieniędzy ani na leczenie chorych, ani na wsparcie tych, którym z dania na dzień zabrano jedyne źródło utrzymania. Coraz trudniej znaleźć nawet pieniądze na zasiłek opiekuńczy dla rodziców małoletnich dzieci, dlatego Morawiecki podjął absurdalną decyzję o otwarciu żłóbków i przedszkoli, spychając odpowiedzialność na samorządy. Rząd wie jeszcze jedno, że budżet zrównoważony nigdy nie istniał a w kryzys weszliśmy z pustą skarbonką, że dług publiczny wystrzeli na niespotykaną dotąd skalę.
Wracając do fryzjerów i kosmetyczek, trudno się im dziwić, że pracują w szarej strefie. Przecież za coś trzeba żyć, tarczą nikt się nie naje. To prawda, że zostali zwolnieni z płatności składek na ZUS, ale z tego rachunków w domu nie zapłacą. Dostali postojowe - starczyło na rachunki w firmie, ale na zakupy w spożywczym już nie. Jeśli ktoś miał wieloletnie oszczędności jest mu łatwiej, jeśli jest dziś młodym, samotnym człowiekiem na dorobku, z wynajętym mieszkaniem i wielkimi marzeniami o swoim małym biznesie sytuację ma naprawdę trudną. Tak samo jak właściciele barów czy restauracji.
Wczoraj rząd przedstawił najnowsze prognozy finansowe państwa na ten rok, każdy błąd i każda zła strategia będzie nas kosztować naprawdę wiele. Deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych sięgnie w tym roku 8,4% PKB, czyli ponad 160 mld złotych, poziom zadłużenia względem PKB wzrośnie z 46% na 55,2% PKB. Na więcej błędów na nie stać.