Jak u mistrza suspensu – zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze bardziej emocjonująco. Mam na myśli sobotni finał Ligii Mistrzów w Monachium, na który wybrałam się w miniony weekend.

REKLAMA
Jestem zagorzałą fanką Barcelony, więc nie czułam się związana emocjonalnie z żadną z drużyn. Spokojnie i z równą uwagą podziwiałam piłkarski kunszt po obu stronach.
Zaimponowało mi, jak walczyli o każdą piłkę, jak zależało im na każdym podaniu. Radość bierze, gdy patrzy się na takie zaangażowanie. Szczególnie, jeśli porównuje się ich z naszymi orłami, którzy wyglądają jakby na boisko wychodzili za karę.
Trochę zrobiło mi się żal Niemców – byli wyraźnie lepsi. Ale cóż - w piłce, jak w biznesie – nieważne, ile się narobisz, ważne, z jakim skutkiem. A w tym wypadku drużyna z Chelsea okazała się efektywniejsza.
W kontekście zbliżającego się Euro 2012, weekendowa wyprawa skłoniła mnie jeszcze do jednego rodzaju refleksji. Na temat organizacji meczu i zachowania kibiców.
Podziwiałam wzorową logistykę Niemców. Jak oni to zrobili, że 70 tysięcy widzów opuściło stadion w spokoju i niemal błyskawicznie? Bez zatorów przy wyjściach i bez korków przy wyjazdach z parkingów? Czy nasze służby są w stanie wznieść się na taki poziom profesjonalizmu?
I jeszcze jedno: nie dostrzegłam żadnych incydentów, przepychanek, wyzwisk, słowem: zero agresji. Ani na trybunach, ani po meczu. I to pomimo tego, że Anglicy przybyli wielką siłą. Świetnie zorganizowani dopingowali wzorowo i tyle. W Monachium i oni, i pozostali widzowie wykazali się klasą.
Oby i u nas było podobnie.