okładka płyty "Wyobcowani EP" Ripakt/Fiszbounce autorstwa Urszuli Ziober
okładka płyty "Wyobcowani EP" Ripakt/Fiszbounce autorstwa Urszuli Ziober http://ripakt.bancamp.com

Trochę zaniedbałem ostatnimi czasy swoje blogerskie obowiązki. Ale mam dobre wytłumaczenie, aktywnie udzielałem się w ramach innej mojej pasji, mianowicie: muzyki. Dopinałem właśnie premierę swojej kolejnej płyty. Z efektów jestem zadowolony, a jakże. Ale momentami ogarnia mnie także rezygnacja… tak ciężko się przebić do waszej świadomości…

REKLAMA
EP-ka jest efektem współpracy Ripaktu, zespołu, którego jestem założycielem i członkiem, z Fiszbounce'm, poznańskiem multiinstrumentalistą, wokalistą, producentem i realizatorem. Nie jest to żadna muzyczna rewolucja, ale fajnie się jej słucha... o ile jej ktoś posłucha. Bo na razie z tym krucho...
Niedawno spotkałem się z kolegą z dawnych lat, dzisiaj popularnym raperem. Rozmawialiśmy o kondycji hip-hopu, czyli gatunku muzycznego, czy nawet kultury, na której obaj się wychowaliśmy, ale i kondycji kultury w ogóle, a w Polsce w szczególności. Zupełnie niezamierzenie, a nawet wbrew naszemu nihilistycznemu planowi gadania o niczym, doszliśmy do ciekawych wniosków o stanie polskiego życia publicznego i jego rozrywkowej warstwy.
- Peja, Sokół, Tede, AbraDab, O.S.T.R., Fokus, Pezet, Ten Typ Mes, może Gural... właściwie tyle – skończył wyliczanie mój kolega, dodając zaraz. - Tylu mamy w Polsce gwiazd rapu pierwszego formatu, których znają miliony Polaków, którym niełatwo przejść się spokojnie po ulicy. Wszystkich ich łączy jedna cecha – wtedy gdy zapanowała dziwna i trudna do wytłumaczenia moda na hip hop i hip hop gościł często w telewizji... oni w tej telewizji byli. Dostali od kultury masowej szansę i ją wykorzystali. Szansę, której nikt już nie dostanie – skończył smętnie mój znajomy. Miał na myśli, oczywiście, podobnych do niego raperów... Ale, czy w ogóle ktoś będzie miał taką szansę? Bardzo wątpliwe.
Prawo telewizji powtarzało się jeszcze wielokrotnie.
Jako, że nie oglądam jej już od dawna, a od dawna za to dochodzą do mnie zachwyty na rzecz niejakiego Kamila Bednarka, laureata, bądź gościa (cholera wie) jednego z programów poświęconych wynajdywaniu talentów, postanowiłem sprawdzić o co chodzi w tym fenomenie. I cały czas nie wiem: co, prócz występu w tym show, stanowi o jego wielkości. Sam słyszałem przynajmniej kilkanaście osób, które śpiewają reggae po polsku lepiej. Ale to nie one zdecydowały się wystąpić w programie, na oczach całej Polski (wyjąwszy tą jej część, która akurat to miała gdzieś, grupy, której jestem dumnym reprezentantem). Ich strata, za to brawa dla Kamila: za odwagę i wejście smoka. Prawdziwe i bez ironii.
Beneficjentami pokazania twarzy w szkiełku były także rozmaite modelki, kabareciarze i wielu innych, o których być może słyszeliście. Ale na tym koniec, moi mili. Telewizja, jaką znaliśmy odchodzi do lamusa, jej moc gaśnie, jej czar łatwo zneutralizować. Może to zabrzmi groteskowo, ale wiem o tym z własnego doświadczenia: dziś, w roku pańskim 2012, łatwiej zostać współpracownikiem ogólnopolskiej stacji tv, niż gazetki branżowej. Poważnie.
Skoro nasza znana i lubiana tuba propagandowa odchodzi w cień, co będzie nam teraz dostarczać igrzysk, nowych idoli i obiektów westchnień? No właśnie...
logo
Próba przed występem zespołu Ripakt na poznańskim festiwalu Artenalia 2011. Fot. Piotr Łakomy www.facebook.com/Ripakt
Oczywiście, dla nieprzebranej masy twórców to dobrze, że nie muszą naginać się pod wymogi jednej, z drugą stacji. Świat social media stoi przed nimi otworem. Albo raczej, otworami, bo też nie ma, jak w przypadku ery tv, jednej gotowej rzeczywistości. To co obserwujemy dzisiaj, to totalne rozbicie przestrzeni medialnej na malutkie, oddalone od siebie rzeczywistości, pomiędzy którymi wprawdzie są jakieś połączenia, ale nikt nie ma recepty na to, by je znaleźć. Albo Ci się uda, albo nie, bratku.
W świecie centralnych mediów, było to o tyle ułatwione, że przynajmniej wiadomo było, komu trzeba wylizać jaja. Dzisiaj nic już nie wiadomo, wszystko jest nowe, wszystko jest lokalne.
Jak sobie radzimy w tych naszych małych kulturalnych światach? Kto sobie radzi, ten sobie radzi. Niestety, przez lata nauczyliśmy się żyć centralnie, czerpiąc wiadomości, a także kulturę z centralnego źródła. Świat centralnie planowany chyli się ku upadkowi, ale my w międzyczasie nie zmieniliśmy swoich zwyczajów, nie zaczęliśmy uczestniczyć w małej kulturze. Ot, zmieniliśmy festiwal w Sopocie na Open'era. Tyle. A co z małą kulturą, czyli tą, która powstaje na co dzień? Ano, na co dzień raczej wybieramy tryb: wrócić-z-pracy-nagotować-ziemniaków-obrócić-flaszkę-z-sąsiadem-ewentualnie-wybrać-się-na-piwo-byle-nie-trzeba-było-płacić-za-wjazd. Tylko z czego mają żyć ci artyści?
W tym kraju tysiące, setki tysięcy osób codziennie wali głową w mur naszej odporności na sztukę, kulturę, aktywność. Niejednokrotnie z bardzo ciekawym materiałem, przesłaniem, twórczością. Być może właśnie zignorowałeś zaproszenie na ciekawą imprezę organizowana przez bardzo zdolnego artystę. Być może twoja obecność odwiodłaby go od rezygnacji z planów, celów, marzeń. Tak, twoja. Dzisiaj nie prezes TVP, albo KRRiT decydują o tym, jak wygląda świat kultury i wyglądać będzie za rok. Ty decydujesz. Całe szczęście. Dobra nasza. Tylko rusz tą dupę z domu!