Polska w półfinale mistrzostw Europy. Jak wspaniale się to czyta. Wiele byśmy dali, by reprezentacja prowadzona przez Franciszka Smudę dotarła do strefy medalowej. Na razie pozostaje nam cieszyć się z awansu biało-czerwonych juniorów. W kategorii Under-17 jesteśmy już dwa kroki od mistrzostwa Europy. Ale czy o to właśnie w tej zabawie chodzi?

REKLAMA
Przyznam, że poprzednich meczów słoweńskiego turnieju nie widziałem, nie wiem w jakim tempie były toczone, jak w nich wypadli nasi juniorzy. Ale jeśli wierzyć relacjom naocznych świadków i cytując klasyka: „momenty były”. W starciu decydującym o wyjściu z grupy takowych nie uświadczyliśmy. Podopieczni Marcina Dorny, bez wątpienia na jego polecenie, ustawili się na czterdziestym metrze i ani myśleli urządzać sobie piesze wycieczki pod bramkę przeciwnika. Holendrzy do ataków byli jakby bardziej skorzy, ale chyba jednak nieprzekonani do końca. Trudno się dziwić, wszakże remis dawał obu ekipom upragniony awans do półfinału. Jest, mają zarówno jedni, jak i drudzy swój upragniony awans. Ale mimo to, że polski kibic nieczęsto miewa podobne powody do radości. Kibic we mnie wcale nie skakał z radości. Raczej myślał, co z tego będzie. Co z tego będzie?
To zupełnie normalne, że 17-latek chce już teraz (teraz!) sięgnąć po najwyższy laur na kontynencie, ale powinniśmy się zastanowić, czy rolą dorosłego wychowawcy jest uczynienie za dość jego, proszę wybaczyć, młodzieńczym zachciankom, czy może wyszkolenie go, by w przyszłości, w dorosłej piłce, właściwej karierze po nie sięgał, jak nie seriami, to chociaż raz.
W ostatnich latach mieliśmy kilka generacji piłkarzy, którzy, jeszcze za dzieciaka zdobyli zaszczytne medale mistrzostw Europy. Gdzie są dzisiaj? Sebastianowi Mili po odbiciu się od europejskiego futbolu, jak od ściany, udało się właśnie wyjść na prostą, zdobyć wraz ze swoim Śląskiem prymat w Polsce. Ale jest chlubnym wyjątkiem. Większość futbolowych talentów nad Wisłą przepadała, lub popadała w przeciętność nie radząc sobie z piłkarską dojrzałością. Wynikało to zarówno z niewypracowania przez polskie kluby standardów wprowadzania zawodników do dorosłej piłki oraz z tępej siermiężności ekstraklasy premiującej zawodników, którzy w tej trudnej do zrozumienia kombinacji kunktatorstwa i anty-futbolu się odnajdywali.
Wydaje się, że zarówno z jednym, jak i z drugim jest już lepiej, ale... No właśnie. W najwyższej klasie rozgrywkowej pojawiają się młode talenty, zdecydowanie częściej niż kilka lat temu. Tyle, że wydaje się, że wciąż więcej w tym przypadku, niż zorganizowanego działania. W każdym razie, staramy się i cały czas do przodu. Podobnież polska liga wydaje się o wiele mniej siermiężna, niż była kilka lat temu, jednak występujące w niej drużyny to ciągle zespoły, które bardziej niż graniem zajmują się przeszkadzaniem w graniu rywalowi.
Niedawno przetoczyła się przez media dyskusja o tym, czy polska liga jest lepsza, czy gorsza, niż była kilka lat temu. Konia z rzędem temu, kto potrafiłby dokonać wiarygodnego i miarodajnego porównania tych dwóch okresów. Oglądając kopaninę zaserwowaną nam przez ekstraklasowców w minionym sezonie można byłoby uznać, iż bez wątpienia poziom pikuje, wszak ciekawych meczów nie uświadczyliśmy prawie w ogóle. Ale paradoksalnie to właśnie przez rosnący poziom naszej ligi, grających w niej drużyn, najętych w niej piłkarzy, zatrudnionych trenerów. Zwłaszcza tych ostatnich. To oni swymi rosnącymi wiedzą i umiejętnościami doprowadzają niejednokrotnie do klinczu taktycznego, w którym ciężko o przeprowadzenie finezyjnej akcji, wspomaganej inwencja zawodnika. Widać taka już nasza dola, musimy przejść przez fazę chronienia tyłów, w wyniku taktycznego zapuszczenia na jakie pozwolił sobie polski futbol przez lata. Gonimy, ale czy dogonimy? Wszak świat raczej się bardzo rozstrzelał, co pokazują chociażby rekordy w zdobywaniu bramek na sezon bite przez hiszpańskich mocarzy i ich najlepszych snajperów.
Trudno orzec, ale na ten czas „ciemność, widzę ciemność”. Autobus, jaki postawił wczoraj w przed polem karnym trener Dorna nie napawa optymizmem. Czyż siedemnaście lat to nie jest wyśmienity okres na naukę, gry w piłkę chociażby? Być może, stanowcze i zdecydowane: raczej tak, ale nie tym razem – dzisiaj pouczymy się akurat nie-grania. Czekałem na taki moment bardzo długo, ale w ogóle się nie cieszyłem, nie po takim meczu, nie w takich okolicznościach. Nie o to, do cholery, chodzi w turniejach juniorskich.
Dzięki wyjątkowemu kunktatorstwu polscy juniorzy znaleźli się w półfinale mistrzostw Europy, w którym zagrają z faworyzowanymi Niemcami. Bardziej niż na zwycięstwie, zależy mi na dobrej grze (grze!) naszego zespołu. Chciałbym zobaczyć choć kilka ładnych, składnych akcji na miarę niewątpliwych talentów młodych biało-czerwonych. Nie proszę o dużo. Nawet przegrajcie, ale grajcie. A potem dokopcie im w dorosłej piłce, bo o to przecież chodzi.