Pochód świętomarciński
Pochód świętomarciński fot. Szymon Otulakowski

Moje miasto ma bez wątpienia wiele wad. Znam kilka osób, które wręcz szczerze je nienawidzi. Podobnie, jak jego mieszkańców. Oględnie mówiąc – nie mamy najlepszej renomy w kraju. Oszczędni, zasadniczy, wyliczeni - tacy „polscy Niemcy”. Ale i tak – większość z pomstujących i narzekających na Poznań chciałaby tu mieszkać. A jeśli nie, to tylko dlatego, że najwyraźniej tu nie była...

REKLAMA
Jeśli całe życie pływasz w akwarium i jesteś taką np. rybą, to pewnie cholernie trudno tobie to akwarium ocenić. Kto wie, może nie masz nawet najmniejszego pojęcia o jego przewadze nad innymi akwariami.
Przez wiele lat żyłem w nieświadomości tego, w jakim miejscu żyję, aż wreszcie skonfrontowałem moją rzeczywistość ze sprawozdaniami z innych części świata (ze szczególnym uwzględnieniem Polski). Wnioski do jakich doszedłem były porażające: telewizja kłamie. Jak już się poważniej zastanowiłem, to okazało się, że sprawy poruszane w studiach, biurach, redakcjach i salach przy Wiejskiej, Woronicza, Wiertniczej oraz Czerskiej dotyczą mnie w bardzo znikomy sposób. Właściwie to w ogóle nie dotyczą. Nie tylko dlatego, że osadziłem się w towarzystwie, w którym przykłada się małą wagę do polityki. Ale także dlatego, że żyję w mieście, które ma ją totalnie w dupie.
logo
fot. Szymon Otulakowski fot. Szymon Otulakowski
- Nie mój cyrk, nie moje małpy – powiedział Lech, legendarny założyciel nadwarciańskiego grodu i udał się na mecz swojego dużo młodszego imiennika. Wasze wojenki, drodzy rodacy, naprawdę nas nie interesują. Kiedy cała Polska szykuje się do starcia dwóch licznie reprezentowanych skrajnych światopoglądów, my pieczemy rogale świętomarcińskie. Kiedy w całej Polsce zwaśnione strony wychodzą na ulicę, aby bardzo dobitnie wyartykułować swoje zdanie na temat życia, wszechświata i całej reszty (bardzo dobitnie), my zamykamy najważniejszą ulicę w samym centrum miasta i robimy sobie imprezkę.
Pochód świętomarciński, rogale, koncerty i inne łakocie – to pierwsze skojarzenia z datą 11.11., jakie rodzą się w głowie poznaniaka. Bardzo to frywolne i niepoważne z naszej strony. Powinniśmy w ten dzień raczej słuchać Chopina, pójść na grób nieznanego żołnierza, albo chociaż podyskutować o przeszłości, o powstaniu styczniowym, o powstaniu warszawskim, o zaprzepaszczonych szansach, o Piłsudskim, Sienkiewiczu, Adamie Małyszu i lustracji. Wychodzi na to, że bardzośmy niepatriotyczni. Ale czy rzeczywiście?
Błędem byłoby czynienie z Poznania i poznaniaków tkanki nieczułej i niezdolnej do patriotycznych uniesień. Co to, to nie. Ale poznański patriotyzm nie jest skażony ową polską martyrologią. I to jest właśnie to, dlaczego cholernie lubię to miasto. Pozytywy.
logo
fot. Szymon Otulakowski fot. Szymon Otulakowski
Jak przez całe życie pływasz w akwarium potrzebujesz impulsu z zewnątrz, żeby zrozumieć swoje położenie...
Przed kilkoma laty koleżanka zadziwiła mnie zafascynowaniem kultem Hipolita Cegielskiego, jakim otaczany jest w Poznaniu ten legendarny przedsiębiorca. „Tam skąd pochodzę stawia się pomniki powstańcom, a nie... właścicielom fabryk” - koleżanka pochodzi z Rzeszowa, ale spokojnie można w to miejsce wstawić dowolne miasto z terenów dawnej Galicji i Kongresówki. Bo wszędzie w tym kraju życie publiczne polega głównie na samobiczowaniu się, ewentualnie okładaniu adwersarzy po mordzie kluczowymi symbolami. Samobiczowaniu, ponieważ każdy pomnik powstańca jest jednak pielęgnowaniem pamięci o pięknej klęsce i efektownej ułańskiej szarży z szabelką na czołgi. W każdym miejscu, prócz Wielkopolski, właśnie. Bo my swoje powstanie wygraliśmy. Ba, to tutaj zaczął spełniać się sen o niepodległości.
Żyć w Poznaniu, to trochę, jak żyć na zachodzie, nie przestawiając się na operowanie innym językiem (bo tutaj zawsze mówiło się po polsku). Oczywiście, od wielu praw i obyczajowych zależności uciec nie sposób, choćby właśnie przez ów język, albo też scentralizowanie całej polskiej przestrzeni społecznej w Warszawie. Ale z drugiej strony można właśnie poczuć namiastkę tego życia, w którym wspomnienie o wartościach nie implikuje rozdzierania szat, w którym tradycja nie jest jakąś osobliwą mieszanką przaśnego folkloru z lamentem, w którym ludzie zbierają się i stawiają tłumnie nie tylko po to, by wspólnie płakać, albo się kłócić.
Ta namiastka zachodu nie musi stać wcale w sprzeczności z polskością. Ba, ona w dużej mierze jest polskością, ale alternatywną. Bo tak się akurat składa, szanowni rodacy, że tutaj wszystko się zaczęło. I kto, jak kto, ale akurat my mamy prawo do tego, by kultywować tradycję i promować swoją wizję i ujęcie polskości. Choćby miało to dotyczyć rzeczy tak pozornie błahej, jak pieczenie rogali.