własne

Donald Tusk podsumował swoje pięcioletnie panowanie. Czy ma się czym pochwalić, czy nie – nie mnie oceniać. Cały świat złorzeczy, mój brat, który trochę zna się na rzeczy mówi, że przez ten czas powstawały drogi, że aż miło i w ogóle, natomiast moje konto, mój portfel i poziom mojego życia nie chcą widzieć tego pana na oczy. Komu wierzyć? Prawda, jak zwykle leży pośrodku, oceniając rządzących wybieram więc umiarkowane zobojętnienie. W najnowszym przemówieniu jest natomiast jedna rzecz, której premierowi nie daruję...

REKLAMA
– To Euro pokazało Polskę i Polaków od dobrej strony, nawet, jeśli potem trochę deszczu napadało – wspominał czerwcowy piłkoszał szef rządu. Tak, zaiste – ludzie, którzy tu przyjechali, wyjechali z Polski raczej z dobrym zdaniem o nas i o naszym świecie. Ale co tam przyjezdni. Największym sukcesem tych mistrzostw było to, że my się świetnie bawiliśmy i po raz pierwszy od dawna czuliśmy się dobrze sami ze sobą.
Jeszcze w trakcie turnieju w ramach Futbologii, czyli mojego cotygodniowego cyklu felietonów o filozofii futbolu zastanawiałem się
...czy raptem staliśmy się bezpiecznym i zarazem kulturalnym państwem, na modłę europejską. „Przecież wiadomo, że podczas Euro jest dyspensa” rzekł mój przyjaciel otwierając piwo na ulicy, radząc mi uczynić to samo. I rzeczywiście, raptem na tych samych ulicach, tych samych miast ci sami ludzie piją takie samo piwo i nie spotyka ich ta sama kara. Właściwie żadna kara ich nie spotyka. Zupełnie, jak w innych miejscach cywilizowanego świata, w których obowiązuje podobne prawo, ale zupełnie odmienna jego interpretacja. Wszędzie poza Polską zakaz publicznego spożywania alkoholu jest narzędziem strofującym meneli. U nas to narzędzie w głębokim poważaniu ma meneli, służy natomiast wyciąganiu pieniędzy z normalnych obywateli, o których wiadomo, że prędzej, czy później spłacą wystawiony im mandat. Wszystko to pod parasolem „wychowania w trzeźwości”. O, przepraszam, pod wielkim parasolem z logotypem browaru (dzieci jeszcze nie potrafią czytać) akurat pić można, jeno z dwustupięćdziesięcio procentową przebitką.
Są więc dwie możliwości. Albo przed nami ostatnie dni Europy na naszych ulicach, albo władze czegoś się nauczyły i widzą, że nad normalnym człowiekiem, który chce się napić piwka w parku można zapanować. Na dwoje babka wróżyła

Piwko stanowi tu tylko przykład – z pozoru błahy, rzutujący jednak na całe nasze życie społeczne. Bo też, czy z powodu dzierżonego przez nas normalnego legalnie nabytego w sklepie napoju z niską zawartością alkoholu powinniśmy wystrzegać się przedstawicieli prawa, ludzi, którym przyświecać winna przede wszystkim troska o nasze bezpieczeństwo? Nie, nie powinniśmy. A wystrzegamy się. Na widok policji nerwowo jeszcze raz sprawdzamy, czy wszystko z nami w porządku. A przecież - tak, do cholery, wszystko w porządku...
„To Euro pokazało Polskę i Polaków od dobrej strony” - szkoda, że ta „dobra strona” okazała się aż tak wątła i tymczasowa. W trakcie mistrzostw zastanawiałem się, na ile gościliśmy wówczas Europę, a na ile przyjęliśmy ją na stałe. Życie bardzo szybko i bardzo boleśnie odarło mnie z moich europejskich złudzeń. Raptem, wraz z nastaniem jesieni zaczęły dochodzić mnie głosy o mandatach, jakie za rozmaite wystąpienia przeciwko ładowi, porządkowi, by nie powiedzieć, narodowi całemu dostają moi znajomi. Wystąpienia rzędu: przejścia na czerwonym świetle i wypicia piwa w parku, albo zaparkowania na miejscu, w którym od zarania parkować można było, ale teraz z niewyjaśnionych i nieodgadnionych powodów jest to zakazane. Wszystko w ramach jedynej takiej w cywilizowanym świecie gry, do jakiej państwo zaprasza obywateli. Jedynej takiej, bo ludzie, którzy ustalają jej zasady nawet nie udają, że działają zupełnie obok moralności, a raczej z dala od niej...
Wkrótce potem media obiegło utyskiwanie ministra finansów, Jacka Vincenta Rostowskiego o potężnej luce w budżecie wynikającej z mniejszej od przewidzianej liczby wystawionych mandatów. We wrześniu luka ta wynosiła 1,7 miliarda złotych. Trzeba wicepremierowi przyznać, że pieniędzmi potrafi się rozporządzać, szkoda, że nie swoimi. Ogół przewidzianych wpływów do budżetu z tytułu mandatów wynosić miał około 2,4 miliarda złotych. Kalkulator Jacka Rostowskiego wskazał więc, że żeby kraj rósł w siłę, a ludziom żyło się dostatniej każdy obywatel Polski, powinien zostać przyłapany na małym wykroczeniu, które będzie go kosztować około 60 zł. To około 60 zł za dużo.
Owa luka, o której we wrześniu informowało ministerstwo finansów nie wzięła się z niczego. To pokłosie złagodzenia polityki karania za wykroczenia podczas Euro, owej dyspensy, o której mówił mój przyjaciel otwierając piwko na ulicy w pewne czerwcowe popołudnie. Dyspensa nie zaowocowała upadkiem obyczajów na polskich ulicach, zdziczeniem, zatraceniem w alkoholu całych mas. Dyspensa wraz z szeregiem naszych narodowych cech i osobliwości przełożyła się na to, że „Euro pokazało Polskę i Polaków od dobrej strony” - nie wiedzieć czemu, tuż po Euro zrezygnowaliśmy z pokazywania tej strony i wróciliśmy do zabawy w policjantów i... Nie, w tej zabawie cała przyjemność stoi jednak po stronie policjantów.
Jak mówią rządowi fachowcy, żyjemy w trudnych czasach – niewiele da się zrobić dla poprawy sytuacji ekonomicznej kraju, pozostaje czekanie, lepienie z gliny, pisanie po wodzie, a 60 zł na rok od każdego obywatela to wcale niewygórowana stawka za dopięcie budżetu. Nawet jeśli jest tak w istocie, po przeliczeniu wszystkich kosztów – taka polityka zwyczajnie nam się nie opłaca. Nienawiść do własnego państwa i jego organów, jaką rodzi w obywatelach nakładanie na nich haraczy, to strata, której nie powetują żadne pieniądze. A tym bardziej śmieszne 2,4 miliarda zł.