
Nie ukrywam, że całe zamieszanie na szczytach władzy w Stolicy Apostolskiej mocno mnie zaciekawiło. Ten wpis nie jest jednak przejawem tego zainteresowania. To raczej zdanie relacji z zetknięcia z tym, co w organizacji przezeń zarządzanej dzieje się u podstaw. Być może nawet, że z samą jej ideą.
REKLAMA
Tak się jakoś złożyło, że część niedzielnego popołudnia spędziłem w kościele. Nie wiem, co się robi w kościele, zawsze miałem z tym problem, a kiedyś zdarzało mi się bywać w nim nawet dość często. Podczas wizyt w domu bożym nigdy nie zaznałem olśnienia i nie załapałem kontaktu z absolutem, co najwyżej kontakt wzrokowy z jedną z młodocianych katoliczek (ale z tego też nigdy nic nie wyszło). Stwierdziłem, że skoro już tu jestem, to posłucham sobie. Pierwsze na co zwróciłem uwagę, to erudycja księdza-aspiranta (aspiranta, znaczy, że nie miał ornatu, a jedynie fioletową szarfę – wybaczcie moją ignorancję, nie wiem, jak to się zwie, jak się jest trochę klerykiem, a trochę księdzem). Z tego, jak budował zdania, z logiczności jego wywodu można wywnioskować, że jest osobą ponadprzeciętnie inteligentną. Pod względem technicznym zaprezentował bardzo dobre kazanie, za które spotkała go pewnie niejedna pochwała od przełożonych. Co nie zmienia faktu, że po tym jak skończył cisnęło mi się na usta: „siadaj, dwója”.
Jego rola skojarzyła mi się z zadaniem, przed jakim codziennie staje przykładowy dziennikarz „Faktu” – zapomnij o tym, że w domu zaczytujesz się Bukowskim i Vonnegutem, oglądasz Bergmana i von Triera (swoją drogą, można wybrać lepiej), napisz coś takiego, żeby ludzie zrozumieli, rozumiesz, ludzie, tak ci… np. to o tym kredensie, albo o lasce, która kradnie kebaby z budek. Jestem ciekaw, kiedy to schylanie się do intelektualnego poziomu najgłupszego członka tłumu wchodzi w krew. Kiedy zaczyna bawić, a kiedy przestaje (bo chyba w końcu musi). Duchowny, o którym mowa męczył się niemiłosiernie. Facet zaczął słowami o nawróceniu, myślę sobie: o, to dobre, to dla mnie, skoro już tu jestem i słucham sobie. Zaraz przeszedł do grzechu, na tym też się znam, słucham dalej. Grzech pochodzi od złego ducha, mówił, przeciwieństwem grzechu jest Jezus. Jezus za grzechy nie potępia, bo żaden człowiek nie może potępiać drugiego. Nie potępia, ale idźcie i nie grzeszcie. Koniec. Za rok przyjdziecie, to opowiem wam to samo.
Pod względem merytorycznym jego mowa była tak pusta, jak mój portfel, a może nawet, jak moje konto (-16 zł, nie wiem za co mi je odjęli, ale cóż począć, iść na wojnę z Chuckiem?). Nie posądzam go o to, by zrobił to na odpierdol i to nie tylko dlatego, że księdza nie powinniśmy łączyć z żadnym wyrazem o tej niecnej słowotwórczej podstawie. Jego kazanie nosiło znamiona wytężonej pracy, być może nawet natchnienia (najgorszego z możliwych, zdradliwa wena wyprowadza nas niekiedy na kompletne manowce – nie polecam, dobrze wtedy zaprzestać wszelkiej działalności i np. popatrzeć w sufit, z korzyścią dla naszej twórczości). Zawarte zostało w nim odniesienie zarówno do pierwszego czytania, jak i Ewangelii, co z pewnością wymagało czasu, starań i skupienia, oraz pozwala sądzić, że napisano je specjalnie na tę okazję. Ale wszystko na nic, homilia, którą zaprezentował sympatyczny księdzokleryk składała się z samych tautologii! W pojęciu grzechu zawiera się przecież jego pochodzenie od szatana, zaś dla każdego wierzącego oczywistym jest, że po przeciwnej stronie barykady znajduje się Jezus. A po zredukowaniu wszystkich zabiegów retorycznych, właśnie do tego sprowadzał się cały ten wywód.
Czego mi zabrakło? Przede wszystkim, teologicznego uzasadnienia – wyjaśnienia zebranym, czym w tej konkretnej sytuacji winien być dla nich Jezus. Bo przecież człowiek nie stanie się lepszy od patrzenia w chrystusową podobiznę, albo od przyjścia do kościoła, który traktowany jest jako jego namiestnictwo. Nie stanie się lepszy, bo i tak niczego się w nim nie dowie. Przyjdź, żebyś usłyszał, że masz przyjść jeszcze raz? To jednak trochę bez sensu. Chociaż, w sumie… do tego się sprowadza cała ta ewangelizacja i… od setek lat się sprawdza (o ile weźmiemy pod uwagę to, jak rozprzestrzeniają się wpływy bożego imperium, a nie jak rozprzestrzenia się słowo boże). A wystarczyło wspomnieć o drodze Jezusa, o tym, że jako człowiek, nie tylko stworzony na podobiznę Boga, ale tym Bogiem będący, jest on przykładem, do którego musimy dążyć. Przykładem pokazującym nam, że można zapanować nad swoją naturą, z którą zmagamy się codziennie. Że można w każdej sytuacji postępować dobrze, wystarczy patrzeć przez jego pryzmat. Ale znowu, nie przez obrazek, czy pokładając w nim nadzieje, oddając mu swoje serce i inne tego typu bajeczki, ale w moralnym znaczeniu. Idź drogą Jezusa, czyli zastanów się, co on by zrobił. Gdybym był wierzącym, pewnie bym to kupił, pod warunkiem, żebym usłyszał. Jak już wspominałem, z koncentracją podczas mszy zawsze miałem mały problem. Zresztą nie jestem w tym odosobniony.
Odniosłem wręcz wrażenie, że właśnie to miał na myśli autor – totalną dezorientację słuchacza; stanie w rozkroku, niczym Donald Tusk, w fantazji Nelly Rokity; wszystko i nic. I pewnie takie też powinno być dobre kazanie. Ludzie przyszli usłyszeć o Bogu, Jezusie i całej reszcie – to dostaną, po co przyszli, ale bez żadnych szczegółów, bez zgłębiania się w moralność (mogliby pomyśleć, że wystarczy być dobrym człowiekiem, a przecież to wierutna bzdura), teologiczne zawiłości (znowu bardzo mądrze - nie dawaj ziarna swoim klientom, bo komuż sprzedasz swe plony?). Najwyraźniej dobre kazanie to takie, które można zinterpretować na każdej z tych płaszczyzn – jeśliby ktoś w ogóle pragnął je interpretować – zaś na poziomie przeciętnego gościa niedzielnej mszy będzie spójną historyjką, której się spodziewał. Jezus nie potępia, ale nie grzeszcie, no. Wszystko się zgadza, czas na obiad, zapraszamy za tydzień.
Pewnie nie podczas każdej mszy trzeba poruszać świat w posadach, popisywać się swoją teologiczną wiedzą, pakować doń filozofię. Ale z brakiem odniesienia do moralności, w tym zwyczajnym ludzkim i życiowym wymiarze, pogodzić się nie mogę. Bo czymże winna być taka mowa, jeśli nie etyczną wskazówką, podpowiedzią w zadaniu, nad którego rozwiązaniem głowimy się od kołyski, aż po grób?
A chłopaka szkoda. Z tą wiedzą, inteligencją i umiejętnościami oratorskimi mógłby być… Ee, a może to on wybrał dobrze? Lepsze puste kazanie raz w tygodniu, niż pusta kieszeń, przez cały czas jego trwania.
