PiKej
PiKej glamrap.pl

Niektórym sie powodzi, niektórzy pracują w tygodniu, żeby nie stracić do reszty kontaktu z rzeczywistością. Prawdziwe pieniądze krążą ponad ich głowami. Jest ich tyle, że wręcz spadają z hip-hopowego nieba i leżą gotowe do podniesienia, na każdym etapie produkcji hip-hopu.

REKLAMA
Od jakiegoś czasu hip-hopowcy mają używanie z niejakiego PiKeja. W związku z jego wizytą w telewizji rozpoczęło się utyskiwanie na to, że mainstreamowe media posłużyły się osobą Kukulskiego, aby odnieść się do boomu na hip-hop. Cała awantura z raperem, który raperem nie jest, pokazuje tylko, jak mało refleksyjne jest środowisko hip-hopowe. I że przez blisko dekadę niczego się nie nauczyło. No, prawie niczego.
Nie od dziś wiadomo, że rynek muzyczny w naszym kraju kuleje, jeśli w ogóle... istnieje. Wynika to w dużej mierze ze zmiany, jaka nastąpiła w tym obszarze wraz z transformacją ustrojową. W latach '90. siłą rozpędu mieliśmy jeszcze całkiem niezły pop, dzięki mechanizmom sprawdzonym w czasach słusznie minionych. Ot, miejsce Agnieszki Osieckiej zajął Jacek Cygan, w rolę Krzysztofa Klenczona wcielił się Robert Janson. To oczywiście duże uproszczenie, ale generalnie, w omawianym okresie muzyka była jeszcze centralnie planowana. Problem pojawił się gdy osobom z owej centrali skończyły się pomysły, a ludziom nastawionym na odbiór – cierpliwość. W dodatku Polacy nabawili się schorzenia, które kazało im sądzić, że jedyną słuszną ścieżką zawodową jest zarządzanie, marketing i zapisanie się do tworzącej się właśnie nowej klasy kierowniczej, tfu... menedżerskiej. Jak zgubny wpływ na polską kulturę, rozrywkę, czy sport miało przekonanie, że muzyk, reżyser, czy sportowiec to nie są „prawdziwe” zawody – możemy tylko gdybać. Podobnie, jak odnośnie tego, ile prawdziwych talentów ustąpiło miejsca w tych dziedzinach ludziom miernym, a wiernym. Polski sport nieśmiało przełamuje ciążące nad nim fatum, pop z tarapatów, w które wówczas popadł nie wygrzebał się do dzisiaj.
Post-komunistyczna skorupa w polskiej rozrywce zaczęła pękać dopiero wraz z dojściem do głosu hip-hopowców. Raptem okazało się, że muzykę można robić w domu, bez Jacka i Roberta, w oparciu o swoje teksty i własne produkcje. I że można robić ją na całkiem niezłym poziomie. To nie mogło umknąć uwadze opiniotwórczych mediów. Wkrótce w popularnym młodzieżowym programie z przełomu wieków, raperzy odpowiadali na pytanie o to, jak witają się hip-hopowcy. A potem to już poszło.
W nieopublikowanym nigdy kawałku rapowałem:
(…)
stopy walą w łeb lepiej i okno się otwiera/
na świat, gram rap, to nasza era/
polski hip-hop rośnie w siłę, w naszych sercach umiera/
ot, tak, to jak bym znaczki zbierał/
a ktoś by wypuścił książkę imitację klasera/
i byłyby w niej wszystkie znaczki świata/
ale nigdy prawdziwych nie zastąpi atrapa/
spalę te ksera, w&(^%*&#$>m bombę/
filatelistom, których pasja polega na tym, że kupili tę książkę.
Rap nad Wisłą, jak szybko się napompował, tak szybko sflaczał. Ludzie ze środowiska nie mieli wątpliwości, winne są media do spółki z Mezo, Liberem i innymi przedstawicielami nurtu ochrzczonego wtedy bardzo wymowną nazwą „hip-hopolo”. Zdumiewające, że społeczność zrzeszona wokół wartości zamieszanych w tekstach mówiących o tym, że odpowiedzi należy szukać w sobie, tym razem nie zdecydowała się na to i przez całą dekadę obrzucała wyzwiskami bogu ducha winne gwiazdy muzyki popularnej. Nie jesteś raperem, ale poświęce ci kilka wersów mojego rapu i wspomnę, że nie jesteś raperem, co pół roku. I tak przez prawie dekadę.
Pomimo że hip hop zniknął wówczas z mediów powszechnych, całkiem dobrze funkcjonował w innych zaadaptowanych przez siebie kanałach dystrybucji treści. Niegdysiejsza kultura, na którą składały się cztery elementy, została przywłaszczona przez jeden z nich, rozbudowała się o kolejne segmenty stając się potężnym rynkiem, w którym raperzy i ich muzyka są bardzo istotną wprawdzie, ale jednak tylko częścią układanki. Niektórym sie powodzi, niektórzy pracują w tygodniu, żeby nie stracić do reszty kontaktu z rzeczywistością. Prawdziwe pieniądze krążą ponad ich głowami. Jest ich tyle, że wręcz spadają z hip-hopowego nieba i leżą gotowe do podniesienia, na każdym etapie produkcji hip-hopu. Na swoją dolę mogą liczyć wszyscy na drabinie, od producentów, promotorów, filmowców, nagłośnieniowców, przez firmy tłoczące płyty, po dupy trzęsące się w klipach. Zupełnie, jak nie w Polsce. Jestem pod wrażeniem. Naprawdę
Na szczególne wyróżnienie w tej wyliczance zasługują wyrastające, jak grzyby po deszczu media. Powstały rapowe pudelki, rapowe odpowiedniki Weszło (w obu przypadkach i tak chodzi o to, że ktoś coś powiedział) i cała masa serwisów zajmująca się kopiowaniem i wklejaniem gotowych treści nadesłanych przez promotorów, a najczęściej przez samych, nazwijmy to, artystów. Tak rozrośniętej sieci dystrybucji może hip-hopowi pozazdrościć właściwie każdy gatunek muzyczny. Każdy, prócz disco polo. Raperzy nad disco-polowcami mają jednak taką przewagę, że mogą bardzo klarownie wyłożyć argumenty na rzecz wspierania przez fanów ich twórczości.
Przed rokiem, ze swoim (nieistniejącym już) zespołem szukaliśmy wytwórni dla naszego materiału. Jeden znajomy wydawca zaproponował mi opublikowanie czterech kawałków i odrzucenie reszty materiału. Powstała w ten sposób płytka miała być dodawana do ciuchów zakupionych w zaprzyjaźnionym sklepie. Wszystko ok, gdyby nie to, że trzy z czterech wybranych przez wydawcę utworów powstały... siedem lat wcześniej. Wtedy zrozumiałem z jaką materią się ścieram.
Polski hip-hop rozwija się w trybie niesamowitym. Technicznie, zarówno biorąc pod uwagę kwestie brzmieniowe, jak i umiejętności raperów; marketingowo. Jednak jest przy tym nieprawdopodobnie wtórny. Zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Zwłaszcza tekstowo. Niedawno oglądnąwszy kolejny klip niejakiego BRO (a raczej jego fragment, nie zwykłem wytrzymywać do końca w takich sytuacjach) zadałem sobie pytanie, czy każdy młodzieniec, który zobaczy przy przejściu dla pieszych gościa w towarzystwie młodszej o kilkadziesiąt lat partnerki musi podzielić się tym odkryciem z milionami słuchaczy (milionami, bo taką oglądalność mają klipy raperów przedzierających się do pierwszej ligi)? I jak długo jeszcze odbiorcy będą łasi na tego typu komunikaty? Pokolenia się zmieniają, a prawda przekazywana przez raperów wciąż ta sama. Facet idzie z młodszą laską, popatrzcie. Gdzie jest granica?
logo
bro bekazrapsow.com
Zdecydowana większość dzisiejszych produkcji hip-hopowych wygląda następująco: klasyczny bit (cięty soulowy/funkowy/jazzowy sampel, lub całość zagrana na midi) oraz dobrze, podwójnie, nie raz poczwórnie zrymowane szczekanie. „Ja jestem z tych, którzy nie kłaniają się nisko”, „a ja jestem z tych, którzy nie boją się spojrzeć prawdzie w oczy”, „a ja się wczoraj zmelanżowałem i mam już tego dość”, „nie, to ja wczoraj się zmelanżowałem i mam już dość takiego życia”, „jak byłem młody to miałem takie kasety...”, „a ja takie” oraz fraza, której nie może zabraknąć na żadnej płycie szanującego się rapowego artysty: „uwierz w siebie, tak jak ja uwierzyłem”. W związku z takim obrotem spraw każdemu refleksyjnie nastawionemu odbiorcy łza kręci się w oku, na wspomnienie czasów, kiedy raperzy dużo przeklinali, opowiadali o życiu na ulicy i o tym, że jest źle.
logo
Sitek bekazrapsow.com
Nie oznacza to wcale, że w polskim rapie nie powstaje nic godnego uwagi. Bynajmniej. Jednak wartościowe rzeczy giną w wysypie owego szczekania, a niekiedy, zostają zduszone przez kompromisy względem siebie i swoich ambicji, na które decydują się ich twórcy. Na dzień przed premierą klipu z solowej płyty 2stego przesłuchałem po raz kolejny wcześniejsze jego kawałki i już zacierałem ręce w oczekiwaniu na nową produkcję. Premiera bardzo mnie zawiodła, ot, bardzo ładny soulowy bit od O.S.T.R.ego i poprawna nawijka autora kawałka, nie mówiąca nic ponadto, że „jestem taki”, „czasem sobie siedzę sam”, czyli to, co rapowe tygryski lubią najbardziej. Od tak innowacyjnego i kreatywnego twórcy można było oczekiwać więcej. Kilka miesięcy wcześniej wprawdzie ten parający się także produkcją MC wspominał, że jego pierwsza oficjalna płyta będzie klasyczna, osobista niczym blog, a dopiero na kolejnych usłyszymy nowoczesne produkcje, z których dał się poznać wcześniej. Z jednej strony rozumiem, bo sam nie raz słyszę dobre rady: „rób klasycznie, dopiero, jak dasz się poznać ludziom decyduj się na kombinacje”, z drugiej zaś, takie naginanie się dla dotarcia do szerokiej (naprawdę szerokiej) masy odbiorców budzi pewien niesmak. Jednak.
logo
Bonson bekazrapsow.com
Z całego ogromu raperów płodzących na potęgę durne teksty, których najlepszym przykładem jest bonsonowe: „Zabłądziłem wśród tych ulic, brudnych ulic, brudnych tak, że możesz brud przytulić”, wyłania się jednak kilka osób wartych uwagi. Na czym polega fenomen Araba? Na tym, że jest naturalny, nie ukradł flow Małolatowi, a jego zamulone gadki są logiczne i to logiczne logiką, której pozazdrościć może jemu 80 % popularnych raperów. Dlaczego ludzie odkopują kawałki KęKę sprzed trzech lat, mimo, że nie są naładowane punchline'ami, podwójnymi wersami, technicznymi popisami? Zapewne dlatego, że radomski raper, w przeciwieństwie do większości swoich sławniejszych kolegów, ma wyraziste poglądy, które artykułuje w sposób dobitny i, co przede wszystkim, spójny. Nie jest kolejnym gościem, który swoją elokwencją udowodnił na razie, że nadaje się do pracy w reklamie.
Na razie środowisko hip-hopowe wkurza się na media, mówi im „ogarnijcie się” i szuka winnego w osobie PiKeja. Ja przesłuchałem jego dwa kawałki. Nie wiem, czy to jest raper, czy nie raper. Nie podoba mi się muzyka, teksty, durna stylistyka. Ale to samo mogę powiedzieć o tych, których słuchają setki tysięcy, jak nie miliony słuchaczy. Ten sam poziom infantylności. Inny kanon.
I oto serwisy zamieszczają dramatyczną odezwę do mediów, by nie utożsamiały Piotra Kukulskiego z rapem. Mówią, ogarnijcie się. Potem to "przedrukowują", a jakże. Tekst odżegnujący się od PiKeja trafia na te same profile, które wcześniej nabijały sobie oglądalność, nabijając się z niego. My możemy donosić o rapowych osiągnięciach Piotrusia, ale jak TVP nam go zabierze i zrobi z niego rapera, to się święcie oburzymy. Znajdźcie sobie własnego Justina Biebera.
PiKej nie trafił do telewizji publicznej wyłącznie dzięki swojemu nazwisku, ani dzięki ugładzonemu wizerunkowi, bo to byłby zbyt prosty wniosek (!). Zawdzięcza to także swojej specyfice - ten gość zwyczajnie pasuje do telewizji śniadaniowej. Gdyby nie to larum, to bym nie pamiętał o istnieniu takowej. Nie miałoby to miejsca, gdyby nie przemawiające za nim liczby. Liczby, wygenerowane przez zrywające z niego boki zastępy najprawdziwszych hip-hopowców.