Zbigniew Herbert w jednym z listów podsumował obserwowanego na emigracji zachodniego intelektualistę. We wspomnieniach poety biedaczek z tego całego dobrobytu nie wie, co począć i pada krzyżem na podłogę swojego nieźle urządzonego mieszkania. Mniej więcej takiej formuły użył – pada na ziemię, zapytując: jak żyć, o co walczyć, gdzie szukać idei. Życie w świecie, w którym wszystko jest już rozwiązane, brak w nim łamigłówek, a historia się skończyła musiało być ciężkie, zaiste. Na szczęście świat wkroczył w erę wielobiegunową, na horyzoncie pojawiły się nowe Imperia Zła, nastał kryzys, a ostatecznie są przecież takie kraje, jak Polska, gdzie jeszcze nic nie jest rozwiązane.

REKLAMA
Niedawno odwiedziliśmy z bratem Norwegię. Tak o, po prostu. Nasi gospodarze koniecznie chcieli poznać przyczyny naszej podróży, uznaliśmy więc, że najbardziej właściwe i najbliższe prawdzie będzie przyznanie się, że chcieliśmy dowiedzieć się czegoś więcej o raju. Cztery dni to za mało nie tylko na to, by dowiedzieć się czegoś więcej o raju, ale w ogóle ocenić, czy miejsce, do którego trafiliśmy, rzeczywiście zasługiwało na takie miano. Zarazem jednak wystarczająco dużo, byśmy na chwilę i znienacka przestawili myślenie na norweskie...
Stereotypy to jednak potężna broń, m.in. dlatego, że tak często okazują się prawdziwe. Lecąc na północ wiedzieliśmy już kilka rzeczy o kraju, który zamierzaliśmy pobieżnie zwiedzić. Jednak nie dość wiele. Gdyby ktoś nas spytał o słowo, z którym nam się kojarzy Norwegia, wahalibyśmy się pomiędzy: „surowce” a „łosie”. Po odwiedzeniu pierwszego domostwa wątpliwości jednak nas opuściły: łosie wygrały z druzgocącą przewagą. Ściana mieszkania młodych ludzi, u których spaliśmy cała była bowiem obwieszona podobiznami tych wdzięcznych parzystokopytnych. Serio.
Kiedy przechadzaliśmy się ulicami małego miasteczka, w którym się zatrzymaliśmy w drodze do Oslo, zastanawialiśmy się, jakie problemy mogą mieć mieszkający tu ludzie. Jedyne co nam przyszło do głowy to imigracja. Ale tak myśleliśmy już przed przylotem, nasz pobyt na spokojnej prowincji raczej nie potwierdzał tych przypuszczeń. A więc jednak życie bez problemów? Po przybyciu do stolicy wątpliwości jednak szybko nas opuściły: zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od natknięcia się na demonstrację, a jakże, imigrantów. „Stop deportacjom” krzyczały afisze. Nam, przybyszom ze smutnego słowiańskiego kraju, gdzie na tapecie mamy właśnie połajanki emerytalne i niedorzecznie duże bezrobocie wśród młodych ludzi, ciężko było podejść poważnie do postulatów protestujących. Skoro znani ze swej politycznej poprawności Skandynawowie deportują, muszą mieć ku temu powód. Widocznie wskazani do oddelegowania do swych biedniejszych ojczyzn nie mają pracy, nie są wystarczająco wykwalifikowani, a w raju nie jest już wcale tak kolorowo. Innymi słowy: życie. Poszliśmy więc dalej – tak dużo do zobaczenia, a tak mało czasu.
Na demonstrację Etiopczyków (bo właśnie Etiopia miała być miejscem zsyłki) natknęliśmy się jeszcze dwukrotnie. Za każdym razem nasza rezerwa wobec padającej w jej ramach postulatów malała. Aż zaczęliśmy się zastanawiać: „no dobrze, to w takim razie, skoro oni zostają, to co z ich krajanami, którzy tam w Afryce cierpią”. A potem długo nie mogliśmy się poznać.
logo

Nasz oportunizm kruszał w miarę obserwowania zachowania Norwegów i masy przychylności, z którą spotkała się demonstracja. Człowieczy umysł reaguje szybko, w mgnieniu oka wcieliliśmy się w rolę autochtonów i chyba nawet zrozumieliśmy dlaczego tak ochoczo podpisują petycję mającą na celu zaprzestaniu deportacjom. Skoro wszystko przyszło im tak łatwo, a w dodatku mają świadomość jak dużo tego wszystkiego jeszcze jest... to dlaczego by się tym nie podzielić? O, jak łatwo być dobrym człowiekiem ze spokojną głową, pełnym żołądkiem i pewną przyszłością...
Zbigniew Herbert wspomniany na wstępie opis zachodniego intelektualisty sporządzał w czasach, w których idei, o które można było walczyć, było ci u nas dostatek. Tego świata już nie ma, podobnie jak tamtejszych problemów. Ale jakoś nie udało się nam zastąpić ich nowymi. Jesteśmy więc świadkami, i uczestnikami zarazem, zgniłego kompromisu, pomiędzy rzeczywistością, której nie potrzeba zasadniczych pytań, a taką, w której brakuje absolutnie wszystkiego, począwszy od pieniędzy. To najgorsza z możliwych kombinacja.
Dziś my padamy plackiem na podłogach swoich mieszkań, po trosze ze zmęczenia, styrani pracą, o której nie wiemy czy przyniesie jakiekolwiek efekty, po trosze dlatego, że nie wiemy po co to wszystko, w imię czego, bo przecież w imię czegoś winno być... prawda?
logo