Przed kilkoma dniami przez media przetoczyła się fala informacji o in-vitro w ogóle, o rodzinach nim zainteresowanych w szczególności, o nieprzyjaznym prawie, o niskim przyroście naturalnym, o nieporadności państwa w tej kwestii. Jak widać, przetoczyła się nie bez powodu – dzisiaj dyskusja przeniosła się na kolejny poziom, tym razem polityczny. Dobrze, że szeroko rozumiana administracja państwowa, bez podziału na tych władzę dzierżących i tych sprawowanie jej utrudniających, zajmuje się tym tematem. Ale co z całą resztą z Polaków, którzy bardzo chcieliby mieć dzieci, a nie mogą?

REKLAMA
Jako fan polskiej piłki nie raz czuję się skołowany. Ekstraklasowi napastnicy nie należą do szczególnie bramkostrzelnych, ergo, w ramach rozgrywek o mistrzostwo Polski w piłce nożnej nie pada zbyt wiele goli. Dlatego też, być może, zdobycie każdego z nich celebrowane jest za pomocą tzw. „kołyski”. Zwyczaj to zaczerpnięty od Brazylijczyków, którzy w ten sposób, w finałach World Cup '94 ciesząc się ze zdobytej bramki, uczcili narodziny potomka jednego z kolegów.
Ależ ten świat pędzi. To było już 18 lat temu, od tego czasu sposób celebrowania powiększenia rodziny, po zdobyciu gola mocno ewoluował. Tzn. wszędzie ewoluował... ale nie w Polsce. Tutaj obserwujemy za każdym razem tę samą, najczęściej spartaczoną kołyskę. Nie pierwszy raz okazuje się, że kiedy nie musimy, nie jesteśmy mistrzami kreatywności. Ale też trudno odmówić takiemu świeżo upieczonemu ojcu radości po zdobyciu gola, w tak szczęśliwym dla niego okresie. Trudno oczekiwać, czegoś wielkiego skoro i tak świat leży u jego stóp – właśnie spełnił się w sensie biologicznym, całkiem nieźle radzi sobie w sferze sportowej. Któż go nie rozumie?
Ja... Np. ja, do cholery, nie rozumiem.
Po tych boiskach biegają moi rówieśnicy. Patrzę na nich, zdarza mi się także o nich czytać. Potem patrzę na swoich przyjaciół, kolegów, znajomych, ludzi z mojego otoczenia. Następnie pochylam się nad swoim żywotem. Ni w ząb, żadnych dzieci, ani nawet widoków na nie. Oczywiście są też w moim świecie chwalebne wyjątki, ale tak nieliczne, że nie zmieściłyby się nawet w słupku przedstawiającym poparcie Prawicy Rzeczpospolitej. Jeśli to my, czyli ja i moi znajomi, biegalibyśmy po miejscach, w których powinna rosnąć ekstraklasowa trawa i udałoby się nam strzelić bramkę, widz nie miałby zbyt często tej wątpliwej przyjemności podziwiania kołyski w naszym wykonaniu. Zastanawiam się, czy my, ja i moje otoczenie, stanowimy jakiś zdziecinniały patologiczny margines, czy może właśnie jesteśmy solą tego narodu, reprezentantami pokolenia prawie trzydziestolatków, których status oraz rozwój i miejsce w hierarchii społecznej mówią jednym głosem: chłopie, nawet o tym nie myśl.
Następnie znów zerkam w telewizor, lub w stronę murawy (opcja stadionowa) i znowu któryś z moich rówieśników, albo nawet jegomość bezczelnie młodszy, cieszy się z bramki i dziecka w pakiecie. Niestety rzeczywistość jest brutalna – to oni są społecznymi dziwolągami, w czepku urodzonymi farciarzami. Ich osobliwość polega na tym, że mimo że często mają pstro we łbie, to są, jakby na to nie patrzeć, ludźmi, którzy potrafią zapewnić kobiecie i jej dziecku prawdziwe bezpieczeństwo. A czyż nie ono nie stoi na szczycie piramidy potrzeb?
Nie lubię awanturniczego tonu i roszczeniowej postawy reprezentowanych często przez ludzi przegranych, wykolejonych, z marginesu właśnie. Być może to mój sposób na oszukiwanie rzeczywistości – póki nie zacznę krzyczeć, jak przegrany, nikt nie zauważy... Ale chciałbym, by ponad naszymi głowami (albo lepiej – z naszym udziałem) rozbrzmiała dyskusja o milionach (tak, milionach) młodych Polaków niezdolnych do rodzicielstwa z przyczyn nie biologicznych, a społecznych.
Oczywiście, nie proszę państwa i polskiego życia publicznego o pomoc w znalezieniu idealnej partnerki, przyszłej matki moich dzieci. Ale zależy mi na tym, by ktoś zastanowił się, co można zrobić, bym jako całkiem niezły swego czasu dziennikarz sportowy nie dostawał za opisanie jednego meczu tysięcznej części tego co dostaje za udział w nim jeden z piłkarzy. Wtedy z pewnością łatwiej będzie mi przełknąć ten ich rytuał obwieszczania wszem i wobec, jak bardzo są alfa i pochylić się na argumentami obu zwaśnionych stron w jakże ważnym sporze dotyczącym in-vitro.