foto: Kate Perpetua Dudziak
foto: Kate Perpetua Dudziak http://www.fb.com/CupOfTeaWithYou

W komentarzach do poprzedniej publikacji pojawiła się sugestia, która mnie poruszyła. Mowa o tych, którzy są „dobrymi duchami” przemian. O ludziach, którzy dodają sił i pokazują, że można a wręcz trzeba walczyć o siebie. Znam ten temat bardzo dobrze. Znam go ze wszystkich stron. I tych jasnych, wspaniałych, i tych mrocznych.

REKLAMA
Zastanawiałam się jak opowiedzieć to, co wydaje mi się najważniejsze. Bo to bardzo trudne zadanie. Jestem przekonana, że wszystko ukryte jest w słowie MIŁOŚĆ. Ale każdy z nas inaczej to słowo rozumie. Inaczej je czuje. Pozwólcie więc, że odwołam się do definicji jaką znalazłam Wikipedii – to pozwoli mi ustalić punkt odniesienia i rozwinąć moje myśli w sposób zrozumiały.
Miłość – pojęcie wieloznaczne i trudne do zdefiniowania, odnoszone do uczuć, stanów emocjonalnych, relacji międzyludzkich, postaw.
Wyróżnia się wiele form miłości. Jest ona zwykle wiązana z silną więzią międzyludzką i poczuciem szczęścia. Miłość stanowiła też ważny motyw literacki, była źródłem inspiracji dla twórców sztuki i literatury. Stanowi ważny aspekt religii i psychologii. Przez niektórych ludzi bywa uważana za sens życia, czyniąc je prawdziwym i w pełni szczęśliwym.

Agape (gr., łac. Caritas) - to typ miłości bezinteresownej, opierającej się na altruizmie i duchowej więzi, często motywowanej religijnie. Agape w chrześcijaństwie to szczególny rodzaj bezwarunkowej miłości Boga do człowieka, która jest zdolna do samopoświęcenia Boga w celu odkupienia grzechów człowieka i wyzwolenia go z mocy szatana. Nazywana także "Miłością oddania". Wcześni chrześcijanie uważali, że wobec siebie także powinni okazywać ten rodzaj miłości, dlatego pisarze wczesnochrześcijańscy podkreślali odmienność agape jako miłości braterskiej i siostrzanej od miłości seksualnej (eros).W początkach chrześcijaństwa była to wspólna uczta o charakterze religijnym. Celem agape było podkreślenie jedności wyznawców i podtrzymywanie ich trwania w wierze.
Chcę powiedzieć bardzo ważną rzecz, chociaż przyznanie się do tego nie jest wcale łatwe. To co spotkało mnie w życiu złego, swoje źródło miało w braku i niedoskonałości miłości, która mnie otaczała i którą miałam w sobie. Nie żałuje ani jednej sekundy z mojego życia, bo dzięki temu czego doświadczyłam, zrozumiałam jak wiele muszę zrobić, żeby odnaleźć szczęście, jak wiele muszę w sobie zmienić, żeby stać się dojrzałą osobą. Dowiedziałam się też, jak odnaleźć prawdziwą, pełną miłość. Miłość do drugiej osoby, ale przede wszystkim do samej siebie.
Co wiem o miłości?
Że im więcej jej w nas, tym więcej jej dla nas. Mój świat może być zbudowany z zazdrości, pragnień, oczekiwań, utyskiwań czy rozczarowania albo z miłości. Po tym wszystkim, co przeżyłam stawiam na miłość. Mam tu na myśli miłość, którą powyżej nazwano Agape. Miłość bezinteresowna, altruistyczna. Miłość, która jest bezwarunkowa. Nie kocham świata za to jaki jest, kocham świat bo jest. Gdyby go nie było – jakkolwiek jest niedoskonały czy niesprawiedliwy – nie byłoby i mnie. Może się wydawać, że życie miłością jest niemożliwe, bo przecież czasem dochodzi do sporów, czasem trzeba walczyć o siebie. I chociaż to paradoks, właśnie w takich momentach miłość daje mi siłę i moc. Miłość do samej siebie. Miłość płynąca z akceptacji tego jaka jestem. Teraz wydaje mi się to tak oczywiste – przecież jestem na siebie skazana do końca życia! Jak mogłabym nie kochać samej siebie? Nie jestem ideałem w swoich własnych oczach. Są rzeczy za które szczerze przepraszam. Czasem zdarza mi się przytyć odrobinę i wtedy lubię siebie trochę mniej. Ale nauczyłam się też akceptować rzeczy, na które nie mam wpływu – chociażby mój cellulit. Nie kocham go, ale jest on częścią mnie i akceptuję to, że jest. A jego obecność nie oznacza, że nie mogę kochać siebie. Ale nie zawsze tak było...
Był czas kiedy w mojej głowie dominował obraz świata, w którym ja sama nie byłam nic warta. Wydawało mi się, że nie mam nic wartościowego, co mogłaby zaoferować światu. Wydawało mi się nawet, że nie mam nic co mogłoby być wartościowe dla moich dzieci. Nienawidziłam siebie za to, że piję. Ale nie mogłam przestać pić, bo nienawidziłam siebie. Dla tych, którzy nigdy nie doświadczyli horroru uzależnienia brzmi to jak bzdura. Błędne koło. Ale tak właśnie to działa. Czujesz się źle, więc pijesz, żeby poczuć się lepiej. Potem czujesz się gorzej, bo wiesz, że to picie donikąd nie prowadzi, więc pijesz żeby poczuć się lepiej... To jest droga, nad którą powinien być wykuty w kamieniu napis z bram piekła Dantego: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie”. I wiem doskonale gdzie zaprowadziłaby mnie ta droga – tam gdzie prowadzi wszystkich, którzy nią idą – do jałowej śmierci. Ale na jednym z rozstajów pojawiła się wąska ścieżka. Pojawił się człowiek. Pełen miłości. Do świata, do życia, do piękna... I zaraził mnie tą miłością jak zaraża się wirusem. Broniłam się, bo przecież wiedziałam dobrze, że świat jest zły, a ja nic nie warta. Ale miłość ma to do siebie, że swoją siłą przewyższa wszystko – nawet chęć śmierci. I tak dzień po dniu w moim życiu zaczęło być coraz więcej miłości. To ona dała mi siłę, żeby podjąć znów walkę z nałogiem. Żeby chcieć trzeźwieć. Krok po kroku budziły się kolejne pokłady miłości. Do moich dzieci, kiedy zrozumiałam, że to nie ja jestem złą matką, ale alkohol sprawia, że na miano matki nie zasługuję. W imię miłości, którą czuję do dzieci. W imię miłości, którą dzieci obdarzają mnie.
Wyrywając się z błędnego koła picia zrozumiałam, że sama dla siebie jestem najważniejsza na świecie. Że jest tylko jeden sposób, żeby oddać miłość moim dzieciom i najbliższym - pokochać siebie. Zaakceptować się ze swoimi wadami i wyznaczyć sobie drogę do tego, żeby pozbywać się tych wad, których pozbyć się mogę. Nauczyć się żyć z tymi, na które nie mam wpływu.
Ostatnio usłyszałam bardzo ważne słowa. Myślę, że każdy powinien bardzo uważnie przemyśleć je i odnieść do swojego życia. Jeśli czujesz, że jest ktoś, kogo kochasz bardziej niż samego siebie, to znaczy, że coś jest nie tak. Bo to oznacza, że chcesz się na kimś „zawiesić”. Że żyjesz nie swoim życiem. Nie pić w imię miłości znaczy tylko tyle, że nie pracuje się nad sobą, ale spycha wszystkie swoje problemu do ciemnej piwnicy, bo ktoś jest ważniejsze od ciebie. Co wtedy możesz dać temu komuś? Dajesz mu nieszczęśliwą, zagubioną osobę, która zamiast rozwiązywać swoje problemu wiesza się na miłości do drugiej osoby – żeby nie musieć rozwiązywać problemów, które sprawiają, że nie kocha samej siebie. Jeśli chce się mieć udany, szczęśliwy związek, trzeba nad nim pracować. Każdego dnia. W sprawach kluczowych i drobnych. Nie zamiatać nic pod dywan, bo rzeczy zamiecione pod dywan lubią się psuć i z czasem zaczyna nieprzyjemnie pachnieć, a czar „miłości” pryska. To samo dotyczy miłości własnej. Ona też wymaga ciągłej uwagi i świadomości. Trzeba uważać, co i dlaczego się robi. Trzeba bacznie obserwować siebie, czy nie podejmuje się decyzji wbrew sobie, bo rodzina, koleżanki, opinia innych... To niełatwe, ale tylko kochając siebie można doświadczyć szczęścia.
Miałam szczęście spotkać kogoś, kto wierzy w miłość. Uwierzył też we mnie w momencie, kiedy ja sam już w siebie nie wierzyłam. Umiał pokazać mi, że miłość istnieje i że jest realna. A wszystkie godziny spędzone na terapiach, wszystkie noce, które przegadaliśmy sprawiły, że zrozumiałam tę prostą zależność – żeby być szczęśliwym trzeba pokochać, a żeby pokochać kogokolwiek miłością prawdziwą, najpierw trzeba nauczyć się kochać samego siebie.
Wiem, że to wcale nie jest takie proste. Ciągle pamiętam tamte dni, kiedy w swoich własnych oczach byłam nikim. Pamiętam je z wyrachowania – tak jak należy pamiętać o zbrodniach wojennych – bo ta pamięć sprawia, że każdego dnia wiem jak bardzo nie chcę znaleźć się w tym miejscu znów. Za nic w świecie. Za bardzo kocham siebie i życie. Za bardzo kocham być szczęśliwą.
Pokochaj siebie. Nawet jeśli wydaje Ci się to niemożliwe, próbuj i nie poddawaj się. Bo naprawdę warto.