Życie nie jest ani sprawiedliwe, ani niesprawiedliwe. Życie jest takie, jakim je stworzymy. Dla jednego jest pasmem upokorzeń, dla innego pasmem sukcesów. Ktoś powie, że to ciągła walka, a ktoś, że niekończący się bal.

REKLAMA
W moim życiu bywało różnie. Czasem z górki, czasem pod górkę. Ale z perspektywy czasu i doświadczeń wiem jedno – to było moje życie, moje błędy i moje sukcesy. Nikt nie odbierze mi radości z tego, co osiągnęłam i nie oczekuję, że ktokolwiek będzie za mnie ponosił odpowiedzialność za to, co zrobiłam źle. To oznacza życie w prawdzie. Nie udaję przed samą sobą, że jestem doskonała, ale bardzo uważam, żeby nie popaść w pychę. Pokora jest największą z cnót. Popełniam błędy i uczę się na nich. Odnoszę sukcesy i cieszę się nimi. Tak – życie jest bardzo proste, chociaż czasami wydaje się, że wcale tak nie jest.
Ostatni wpis wywołał wiele komentarzy. Między innymi otrzymałam list otwarty od Pana Jarosława Pałyski. To zainspirowało mnie do napisania postscriptum, bo faktycznie w swoim felietonie zadałam pytanie, na które nie dałam jasnej odpowiedzi. Spieszę to naprawić.
„Trzeźwienie” to coś zupełnie innego niż „nie picie”. Tak jak „życie” to coś zupełnie innego od „nie bycia martwym”. Nie wiem czy ktokolwiek spisał kiedyś wszystkie powody pchające ludzi do uzależnienia. Ale na pewno nikt nigdy nie spisze wszystkich wymówek, jakie wymyślamy – my uzależnieni – żeby nie podjąć walki z uzależnieniem. W tym jesteśmy mistrzami. A kiedy trzeźwiejemy śmiejemy się z tego mistrzostwa widząc w nim jedynie przejaw swojej słabości i strachu przed stanięciem z uzależnieniem twarzą w twarz. A to nie polega na tym, żeby „tylko” przestać pić. Bo picie czy ćpanie jest skutkiem, a nie przyczyną choroby. Leczenie objawów łagodzi tylko skutki choroby, ale nie zapobiega jej. A że alkoholizm jest chorobą duszy, to samo „nie picie” nie zmniejsza naszego cierpienia, nie daje wytchnienia w tym, co do picia nas pcha. Dlatego „nie picie” na niewiele się zda, bo rzeczywiście świat wygląda wtedy blado i nudno. Czegoś brakuje. Coś się traci i nawet nie wiadomo w imię czego. Aby to zrozumieć trzeba zacząć trzeźwieć. Co to znaczy? Trzeba dotrzeć do źródła problemu. Zająć się nie tylko skutkiem choroby, ale przyczyną, która tkwi w naszej duszy. Każdy z nas jest inny, każdy ma inne życie. Ja żeby zacząć trzeźwieć, musiałam rozwieść się z mężem. Ale nigdy nie powiem, że przez małżeństwo piłam. Piłam, bo nie byłam dojrzała emocjonalnie. Bo nie umiałam żyć. Nieudane małżeństwo było skutkiem, a nie przyczyną. Tak jak mój alkoholizm jest skutkiem, a nie przyczyną.
Dobrze mają ci, którzy w najbliższych mogą znaleźć oparcie w trzeźwieniu. Ja miałam wielkie szczęście spotkać człowieka, który podał mi pomocną dłoń i pozwolił uwierzyć w to, że życie może być piękne. Spotkałam wspaniałych ludzi w AA, którzy swoim przykładem dodali mi otuchy, przyjęli mnie do wspólnoty, wysłuchali i podzielili się swoimi doświadczeniami. Spotkałam cudownych terapeutów, którzy jak dziecko uczyli mnie krok po kroku jak żyć, jak być szczęśliwą.
Kiedy jeszcze piłam wiedziałam – wiedziałam to z całą pewnością – że życie jest niesprawiedliwe. Że świat jest niesprawiedliwy. Że ludzie są niesprawiedliwi… Ale na szczęście udało mi się wejść na drogę trzeźwienia. I nie mieszałam w to ani Boga, ani tych co cierpią bardziej, ani tych, co na cierpieniu zarabiają – to nie moje sprawy. Moją sprawą było walczyć o siebie. O swoje życie. O swoje szczęście. O swoją trzeźwość. I walczę do dzisiaj. Walczę każdego dnia wstając rano i mówiąc sobie – dobrze, więc dzisiaj jest dzień, w którym się nie napiję. Każdego dnia muszę pamiętać o tym, że jestem chora. Każdego dnia muszę pilnować, żeby nie być przemęczoną, żeby nie czuć się samotną, żeby nie być głodną i żeby nie tłamsić w sobie negatywnych emocji – bo każda z tych rzeczy sprawia, że rośnie ryzyko sięgnięcia po kieliszek. Tak, jestem chora. To jest choroba nieuleczalna. Nigdy nie będę już „normalna” i każdego dnia muszę podejmować walkę, żeby nie dopuścić do nawrotu, żeby uzależnienie nie wzięło góry nad moją wolą i wolnością. Nad moim szczęściem, na które pracuję każdego dnia.
Ale to tylko szczyt góry lodowej, która kryje się głęboko pod powierzchnią. Bo moje trzeźwienie oznacza także pracę każdego dnia nad tym żeby UMIEĆ DOBRZE ŻYĆ. Wyzwolić się ze stereotypów, w których zamknęła mnie rodzina i społeczeństwo. Leczyć się z kompleksów, których nabawiłam się przez jedno głupie zdanie pana od muzyki dawno temu w podstawce. Uwolnić się od ograniczeń, które sama sobie zbudowałam w głowie, wymyślając jak ma wyglądać moje „wyśnione życie”. To jest nieustanna praca. Każdego dnia. Każdego dnia staje twarzą w twarz z tym, co kiedyś budziło lęk. Każdego dnia przyznaje się sama przed sobą, że nadal są rzeczy, których jeszcze nie załatwiłam, jeszcze nie uporządkowałam. Każdego dnia przed zaśnięciem, szczęśliwa, że dzisiaj się nie napiłam robię rachunek sumienia i bezwzględnie przed samą sobą rozliczam się z tego, czy dzisiaj poszłam krok do przodu, czy stałam w miejscu. To jest właśnie TRZEŹWIENIE. Ale cały ten wysiłek, cala ta praca jest niczym wobec nagrody jaką odbieram każdego dnia – MOJEGO SZCZĘŚLIWEGO ŻYCIA.
Dzisiaj już wiem. Życie jest. Tylko tyle. Ani dobre ani złe. To ja piszę karty mojego życia. Od kiedy udało mi się wyrwać z okowów nałogu, od kiedy zaczęłam trzeźwieć, nie czuję już tego, co czułam – tej wszechogarniającej niesprawiedliwości. Bo niby co było tak niesprawiedliwego? Że ludzie nie pamiętali o tym, co zrobiłam dobrego dla innych, a rzucili się jak sępy na to, że miałam wypadek? Wtedy bolało, dzisiaj już nie. Dzisiaj to nie ludzie decydują o tym, jak się czuję, tylko ja. Dzisiaj to nie alkohol rządzi moim życiem, tylko ja. Odzyskałam kontrolę nad swoim życiem i mozolnie, każdego dnia odbudowuję swoje szczęście.
Jeśli czytasz to, bo nie pijąc czujesz się sfrustrowany i rozczarowany, bo nikt nie bije braw, nikt się nie zachwyca twoim hartem ducha, to chciałabym Ci powiedzieć, że też tak się kiedyś czułam. Do dnia w którym zrozumiałam, że nie trzeźwieję dla rodziny, czy bliskich. Ani dla mediów, fanów, hejterów i całej reszty. Trzeźwieję dla siebie i tylko dla siebie. Bo chcę być wolna. Chcę być szczęśliwa, bo tylko kiedy ja sama będę szczęśliwa, będę mogła dać szczęście moim bliskim. Tylko kochając siebie, mogę pokochać kogoś innego prawdziwie, nie wieszając się na nim. Chcę żeby moje życie determinowały moje wybory, a nie to co dyktuje mi alkohol, frustracja, rozgoryczenie i żal. Dlatego nie tylko „nie piję”, ale także TRZEŹWIEJĘ.
Wszystkim trzeźwiejącym życzę pogody ducha – bo wiecie jak ona jest ważna w naszym życiu.
Wszystkim innym życzę ,żeby dowiedzieli się, czym pogoda ducha jest i jak może odmienić życie.